Czwartek z Czerwcem ’56 | Franciszek Fenikowski: „Czarny czwartek”

Czwartek z Czerwcem ’56 | Franciszek Fenikowski: „Czarny czwartek”

Opublikowany w Czwartek z Czerwcem '56, Wiersze o Poznaniu Tagi ,,

Zanim jeden punkt czarny, mały

Krwawą plamą się rozlał na mapach,

Wstawał dzień i lipy szalały

Rósł, mdlił, dławił słodki ich zapach.

Student zgięty ponad historią

Rzucił książkę i w oknie stanął.

Duszno, duszno jak w prosektorium

W to czerwcowe, czwartkowe rano.

 

Odrzutowiec lancetem kraje

Sine niebo z martwych metafor.

Już na mostach stają tramwaje.

W dole rękę podniósł semafor:

Nie ma wjazdu! Na lśniących szynach

Znieruchomiał sznur lokomotyw.

Bije z wieży czarna godzina —

Uwertury posępny motyw.

Odrzutowiec niebo przecina.

 

Parowozy dymią na torach.

Bije z wieży czarna godzina

Jak złowróżbny krok Komandora.

 

Stają ludzie na Kaponierze.

Przez most biegnie mały przechodzień,

Ku zamkowi patrzy, na wieżę:

Zegar dziś nie tak bije jak co dzień.

Szara wieża pięścią z kamienia

Grozi miastu i rośnie przestrach

I narasta groza milczenia

I przycicha ulic orkiestra.

Tramwajowe zastygły smyczki.

Czas-dyrygent włoży rękawiczki,

Podniósł dłoń w rękawiczce czerwonej.

 

Śpiew, śpiew słychać. Zbliża się pochód,

A na czele zły dobosz — głód.

I lip zapach i zapach prochu

I huk, łomot werblowych nut.

Idą dzieci i robotnice.

Ludzie z przedmieść, z fabrycznych hal

Idą miastem w martwe ulice.

Głód ma oczy zimne jak stal,

Głód ma pałki w dłoniach kościstych.

Pałki w bęben werblami grzmią.

Stój — przecięły werble kul świsty.

Stój — bruk spływa czerwoną krwią.

Lecą kule, lecą skrzydlate,

Każda mały z mosiądzu sęp.

Ponad tłumem prącym w zatratę.

 

Transparentu chwieje się strzęp.

Kule szarpią go, krew go plami,

W niebo rwie go wichrowy zryw.

Nad dachami, nad kominami,

Leci w dymach jak widmo krzywd.

 

W mrocznych bramach chichocą biesy.

Miasto drży pod stalowym gradem.

W limuzynach jadą frazesy

Limfatyczne, nadęte, blade.

Trzęsie w trwodze się stu lokai

Na poduszkach miękkich limuzyn.

Lęk się w oczach wodnistych czai.

W górze słychać szum skrzydeł Muzy.

Muzy Klio, co z żagwią  w dłoni

Ponad miastem dymiącym płynie.

Frazes w strachu zębami dzwoni.

Frazes trzęsie się w limuzynie.

 

Frazes pierzcha poza rogatki

Rozdzierając przestrzeń klaksonem,

A na bruku klęczy cień matki

U zwłok chłopca w kurtce skrwawionej.

 

Cóż by rzekł tu Jan Wolfgang Goethe —

Olimpijczyk, tropiciel prawd?

Praw nie wolno łamać bagnetem,

Krew to „ein ganz besonderer Saft”.

Płynie, bluzga, krzepnie na murze,

Barwi nagą ziemię i bruk,

Rozdeptują rude kałuże

Setki setek biegnących nóg.

A głód-dobosz wciąż wali w bęben.

Pędzi naprzód, nie patrząc wstecz.

 

Wzrośnie z krwi tej zielonym dębem

POSPOLITA LUDOWA RZECZ?

Za Poznaniem, za mostami, daleko

Kurz na szosie dymi żółtosiny

W kurzu czołgi metalową prą rzeką

I mijają czarne limuzyny.

W szybach aut drżą jakby w lustrze wody

Twarze tłuste, pobladłe ze strachu.

Uciekają w dal, na wschód samochody.

Rzeka czołgów wali na zachód.

 

Świecą z murów kul białe rozpryski —

Gwiazdy sinych, zczerniałych nieb.

Nie wrócili do domów, do bliskich

Ci, co wyszli by wołać o chleb.

Czołgi stoją na rogach ulic.

Rzucił bęben zły dobosz-głód.

Nie wrócili, polegli od kuli

 

Ci, co strzelać nie chcieli w lud,

Podniesiono z barykad tramwaje,

Oczy mrocznych oślepły luf.

Noc nad miastem zdyszanym wstaje.

I jak krzywy nóż wznosi nów.

 

A historia? Czy dzień zapamięta?

Jakiż wyrok o nim da? Co dalej?

Patrz: w piekarni stara ekspedientka

Przekrojony chleb kładzie na szali.

Klio z twarzą bezkrwistą, schyloną

Ponad wagą ma usta zaciśnięte,

Ale czarne źrenice jej płoną,

Gdy karetka jęknie za zakrętem.

 

A historia? Czy dzień zapamięta?

Jakiż wyrok o nim da? Co dalej?

 

 

Zdjęcie: Justyna Szadkowska 

Komentarze