E jak E.T.A. Hoffmann

E jak E.T.A. Hoffmann

Opublikowany w Poznański alfabet literacki Tagi ,,

Pierwsza część „Poznańskiego Alfabetu Literackiego” opowiadała o największym polskim romantyku, Adamie Mickiewiczu, który pojawił się nad Wartą w 1830 roku i kompletnie stracił głowę dla pięknej Wielkopolanki – Konstancji Łubieńskiej. Zaś trzydzieści lat wcześniej, wiosną 1800 roku, przybył do Poznania najwybitniejszy chyba niemiecki romantyk – Ernst Theodor Amadeus Hoffmann, który spędził tu prawie dwa lata jako pruski urzędnik i zakochał się w pięknej poznaniance, Michalinie Trzcińskiej, którą zresztą poślubił.

O Poznaniu Hoffmann wspomina w swoim zbiorze nowel, opowiadań i bajek „Bracia Serafiońscy”. W opowieściach Hoffmannowskich grupa przyjaciół spotyka się wieczorami i snuje opowiadania, które za punkt wyjścia mają prawdziwe wydarzenia, potem zaś toczą się na pograniczu dwóch światów, jawy i snu, urojenia i rzeczywistości, rozumu i duszy, elementów ludzkich i nieludzkich. Wydaje się, że formuła tych narracji nawiązywać może do spotkań uzdolnionych artystycznie młodych urzędników pruskich, którzy zjechali wówczas do Poznania i – w nieprzyjaznym polskim otoczeniu – skazani byli na własne towarzystwo. Poznań, liczący wówczas około 20.000 mieszkańców, pojawia się w opowieści jako miasteczko P***. Hoffmann przywołuje wrażenia, jakie odniósł po przybyciu nad Wartę:

Przypominasz sobie jeszcze czasy, kiedy opuściliśmy po raz pierwszy stolicę i udaliśmy się do małego miasteczka P***? – Przyzwoitość i dobre obyczaje wymagały, ażebyśmy od razu dali się przyjąć do klubu, który tworzyli tak zwani dostojnicy miejscy. Otrzymaliśmy wiadomość, sporządzoną w uroczystym, najsolidniej urzędowym stylu, że po dokonaniu podliczenia głosów, zostaliśmy rzeczywiście przyjęci jako członkowie klubu i do tego dołożono grubą chyba na piętnaście czy dwadzieścia arkuszy, czysto oprawioną księgę zawierającą jego prawa. Spisał je pewien stary radca, całkiem na modłę pruskiego prawa krajowego, z podziałem na nagłówki i paragrafy. Czegoś rozkoszniejszego jeszcze nie czytano. Dano na przykład taki nagłówek: „O kobietach i dzieciach, o ich uprawnieniach i prawach”, gdzie regulowano prawnie sprawy tak ważne jak to, że żony członków klubu piją tamże w każdy czwartek i sobotę herbatę, a zimą wolno im nawet cztery albo sześć razy zatańczyć…

 

Klub, z którego regulaminu pisarz się podśmiewa, to Resursa Obywatelska, założona w 1793 roku, gdy Poznań – po drugim rozbiorze Polski – stał się częścią prowincji Prusy Południowe. Zadaniem tej instytucji było zintegrowanie miejscowej inteligencji, mieszczaństwa i szlachty z nowo przybyłymi pruskimi urzędnikami oraz wojskowymi. Klubowi zgodnie patronowali polski biskup oraz niemiecki komendant garnizonu, który znajdował się w pałacowej kamienicy przy Starym Rynku 95/96, gdzie Speichertowie prowadzili hotel z restauracją. Wcześniej stały tam dwa średniowieczne domy zakupione przez królewskiego pocztmajstra Henryka Augusta Keyzera. Na jego zlecenie Antoni Höhne zbudował w latach 1782-1783 pałacową kamienicę „Pod Kotwicą” z monumentalną, pięcioosiową fasadą, którą rozdzielały korynckie kolumny. Powstała tam poczta obsługująca przesyłki do Warszawy, Berlina, Torunia i Gdańska, o czym przypomina pamiątkowa tablica z okazji 400-lecia Poczty Polskiej. Dom „Pod Kotwicą” był przez lata jedynym obiektem w Poznaniu zasługującym na miano hotelu (Gasthof), co odróżniało go od licznych zajazdów (Wirtshaus) serwujących jedynie skromny nocleg i posiłek. Menu, z jakim Hoffmann zetknął się w Poznaniu, trudno natomiast uznać za skromne i lekkie, na polską kuchnię skarżył się w liście do przyjaciela:

Cierpię na marskość wątroby i musiałem ja, wróg wszelkich lekarstw i doktorów, przyjąć lekarza, który pomoże mi znowu stanąć na nogi i który codziennie wyszykowuje na moim biurku najuczeńsze recepty. Lecz zostawmy to na boku, bo żyję teraz w większym zadowoleniu, jako że dzięki Bogu mamy już październik i zbliża się wielkimi krokami moja podróż do Berlina – tak jak z pewnych powodów wszystko co złe przypisuję mojemu tutaj przeniesieniu, również chorobę przypisać mogę tutejszemu stylowi życia, do którego chyba tylko diabeł może przywyknąć – obarczenie pracą – polska kuchnia – niestrawna dla niemieckiego żołądka – brak jakiegokolwiek urozmaicenia, które wliczone w ekonomię Natury ma przydać duchowi pogody i wytrwałości, wszystko to w dłuższym okresie może zaszkodzić i najzdrowszemu człowiekowi. […]

 

Hoffmann w Poznaniu zamieszkał w nowo wybudowanej kamienicy nadwornego drukarza Georga Jakoba Deckera przy ul. Św. Marcin i Al. Wilhelmowskich (obecnie Al. Marcinkowskiego), wzorowanej na berlińskiej Unter den Linden. Jego sąsiadem i przyjacielem był Johann Ludwig Schwarz, autor satyrycznego utworu „System nierozsądnej Policyi”, w której pisał o nadużyciach lokalnych stróżów prawa. Jego żona recenzowała książki dla miejscowej gazety oraz pisała powieści dla dzieci. Małżeństwo prowadziło otwarty dom, w którym zbierali się młodzi urzędnicy, dziennikarze i artyści. Przy lejącym się strumieniami winie i pysznym cieście śliwkowym pani Schwartz towarzystwo rozmawiało, żartowało, śmiało się, snuło plany na przyszłość. Gospodarz zamierzał napisać dowcipną operę, a Hoffmann miał skomponować do niej muzykę. Uzdolnieni poznańscy urzędnicy nie dokonali tego, ale ich wspólnym dziełem była „Kantata na koniec wieku”, ze słowami Schwarza i muzyką Hoffmanna. Jej prawykonanie odbyło się w Sylwestra 1800/1801 w hotelu Speicherta, gdzie zebrało się towarzystwo z poznańskiej Resursy. Talent muzyczny „genialnego Hoffmanna” został doceniony przez królową Prus Luizę, której dostarczono partyturę oraz tekst kantaty. Podczas swojego pobytu w Poznaniu Hoffman skomponował także śpiewogrę opartą o tekst Johanna Wolfganga Goethego „Żart, podstęp i zemsta”. Nie znamy opinii Goethego o adaptacji Hoffmanna. Musiała być ona jednak pozytywna, bo utwór był wystawiany w Poznaniu przez zespół Döbbelina w Poznaniu, w którym były trzy głosy, co kompozytor nawet po latach wspominał z rozrzewnieniem. Niestety, partytura spłonęła i nie jesteśmy w stanie ocenić ani nawet poznać jego młodzieńczego, poznańskiego dzieła. Nie przysporzyły mu natomiast uznania przełożonych umiejętności plastyczne. W trakcie wielkiej reduty ostatkowej w 1802 oku, trwającej od niedzieli 28 lutego i do północy we wtorek 2 marca, rozkolportowano wśród uczestników narysowane przez niego karykatury, w których wykpiwał przywary przedstawicieli poznańskiego establishmentu. Skargi dotkniętych tym prominentów szybko dotarły do Berlina i już 27 marca 1802 roku poznański asesor rządowy E.T.A. Hoffmann awansowany został na radcę stanu w… Płocku. Rok później, w liście do przyjaciela pisał o swoim stanie poprzedzającym te wydarzenia:

Żyłem w nader wesołym zbrataniu, jeżeli mogę tak powiedzieć, – ostatnie ogniste gromy, które na próżno miotaliśmy, były jednak tak genialnymi figlami, że ludzi wrażliwych, uważanych przez nas za aż nadto nieszkodliwych, pogrążyły z kretesem. – Oni mając to za złe, pożyczali sobie w odwecie z Olimpu w B[erlinie] pioruny, które w końcu cisnęły mnie tutaj, na miejsce, gdzie zamarła wszelka radość i gdzie jestem żywcem pogrzebany. 

 

Hoffmann powrócił jednak jeszcze na krótko do Poznania, bo tutaj poznał najważniejszą kobietę swego życia. Była nią córka polskiego rajcy miejskiego, przez Hoffmanna określanego mianem prezydenta – Maria Tekla Michalina Trzcińska (posługiwała się zniemczoną formą nazwiska Rohrer). Spotykał się z nią już podczas wieczorów organizowanych w mieszkaniu Schwartza czy Gottwalda, którego żoną była zresztą starsza siostra Marii. Jego przyjaciel Schwartz tak pisze o ówczesnych pragnieniach i emocjach Hoffmanna:

Był podówczas zakochany w swej późniejszej żonie, polskiej piękności Michalinie R., chętnie nazwałby tę dziewczynę swoją, nie pozwalając się spętać więzami małżeńskimi […] droga do niej wiodła w końcu tylko przez kościół, jakiż trud zadał sobie Hoffmann, ażeby dotrzeć tam krętymi drogami.

 

Ślub młodej pary odbył się w obrządku katolickim, w poznańskim kościele pod wezwaniem Bożego Ciała, a przypomina o tym dwujęzyczna, pamiątkowa tablica, odsłonięta 200 lat później, w dniu 11 kwietnia 2001 roku, w foyer poznańskiej Opery:

PAMIĘCI E.T.A. HOFFMANNA URODZONEGO 24.1.1776

W KRÓLEWCU, ZMARŁEGO 25.6.1822 W BERLINIE. JAKO

PISARZ, KOMPOZYTOR, MALARZ I PRAWNIK DZIAŁAŁ

W POZNANIU (W LATACH 1800-1802), GDZIE 26.7.1802

ROKU W KOŚCIELE KLASZTORNYM POD WEZWANIEM

BOŻEGO CIAŁA POŚLUBIŁ POLKĘ MARIĘ THEKLĘ

MICHALINĘ TRZCIŃSKĄ, Z KTÓRĄ BYŁ ZWIĄZANY AŻ

DO ŚMIERCI.

 

Małżeństwo niemieckiego romantyka z piękną poznanianką okazało się niezwykle udane i trwało 20 lat, do śmierci Hoffmanna w 1822 roku. Dla Hoffmanna pani Michalina okazała się ogromnym wsparciem, bez którego zapewne nie poradziłby sobie z trudami codziennego życia. Sam pisał o tym:

Musiałbym poddać się rozpaczy albo raczej już dawno zrezygnowałbym z mojej posady, gdyby bardzo kochana, kochana kobieta nie osłodziła mi wszystkich przykrości, których dano mi tutaj aż do syta zakosztować i nie umocniła mego ducha tak, że może dźwigać brzemię teraźniejszości i jeszcze zachować siły na przyszłość.

 

W 1805 roku, mieszkającemu już wówczas w Warszawie małżeństwu, urodziła się córka Cecylia. Rok później wojska francuskie i polskie wkroczyły do miasta, a urzędnicy pruscy zobowiązani zostali do złożenia przysięgi nowemu rządowi. Hoffmann odmówił, stracił pracę, nie posiadał środków do życia, jego córka i żona ciężko zachorowały, pospiesznie odwiózł je do Poznania, gdzie w 1807 roku dziecko umarło. Rodzina nie chciała, by Michalina wracała do swego nieodpowiedzialnego męża. Latem 1808 roku przybył on jednak do Poznania i przekonał żonę, by wyjechała wraz z nim do Bambergu. Była to ostatnia wizyta Hoffmanna w Poznaniu. Niemiecki romantyk został patronem odbywającego się od 2001 roku Polsko-Niemieckiego Festiwalu Hoffmannowskiego, podczas którego prezentowane są najbardziej atrakcyjne przedstawienia operowe i baletowe, przygotowane przez teatry z Polski i Niemiec, a ze szczególną radością organizatorzy goszczą na nich wszelkie „hoffmanniana”. Kilkakrotnie organizowane były także Poznańskie Dni E.T.A. Hoffmanna, a wkrótce powstać ma szlak kulturowy wiodący poznańskimi śladami tego niemieckiego artysty, który przybył do Poznania, by rozpocząć swą urzędniczą karierę, a poznał kobietę, w której zakochał się na całe życie.

Paweł Cieliczko

(Tekst pierwotnie opublikowany został w Magazynie „Puls Poznania” w 1/2016 r.)

Ilustracja: Agnieszka Zaprzalska

Komentarze