Fascynuje mnie człowiek i historia jego życia

Fascynuje mnie człowiek i historia jego życia

Opublikowany w Kochamy Poznań Tagi ,,

Zapraszamy do przeczytania rozmowy, która pierwotnie została opublikowana w grudniowym wydaniu miejskiego magazynu „Puls Poznania”. Bohaterem wywiadu jest ks. Radosław Rakowski. Życzymy miłej lektury.

Patrząc na wesołego trzydziestolatka w kraciastej koszuli, który siedzi wśród hipsterówi aktywistów miejskich w winiarni Czarny Kot, nie podejrzewałem, że to katolicki kapłan „po godzinach”. I to taki, który zdążył już głosić Słowo Boże w Chicago, Japonii, Trynidadzie i Tobago, a niedawno, zaledwie cztery lata po święceniach, trafił do trzeciej wielkopolskiej parafii – po Rydzynie i Jeżycach, na poznański Bonin. Gdy zorganizował ekumeniczne rekolekcje oraz akcję przyjęcia uchodźców z Syrii, stał się ulubieńcem liberalnych mediów. Deklaruje, że natchnienie czerpie z nauk Jezusa i papieża Franciszka, uchodzi za tajną broń arcybiskupa Gądeckiego, który potykając go, pyta: „Jak tam kury?”

Ksiądz Radek Rakowski. 

W Poznaniu jesteś chyba najbardziej znany z akcji Kury na Madagaskar. Skąd wziął się ten ekstrawagancki pomysł?

Młodym ludziom z Zespołu Szkół Zawodowych nr 1, z którymi to wymyśliłem, Madagaskar kojarzył się jedynie z popularnym filmem animowanym. Chciałem im pokazać, że nie jest to wyspa lemurów, ale przede wszystkim ludzi mających wiele problemów i wiele marzeń. Ojciec Piotr Koman, który tam pracuje wspomniał, że brakuje nawet jajek. Trudno jednak wysłać pocztą tak delikatny towar, więc postanowiliśmy podarować Malgaszom… kury. Założyliśmy stronę Kura na Madagaskar i każdy kto wpłacił 20 zł fundował kurę, a 100 zł – kurnik. Akcja chwyciła, zebraliśmy ponad 70 tys. zł, za które kupiliśmy 3500 ptaków, które „poleciały” na Madagaskar.

I nie trafiły od razu do garnka?

Nie poprzestaliśmy jednak na podarowaniu kur, ale stworzyliśmy też program ich „osiedlenia”. Konkretne rodziny dostawały od misjonarzy koguta i cztery kurki razem z „instrukcją obsługi” i zobowiązywali się, że za rok kolejne pokolenie kurczaków podarują swoim sąsiadom. Jeżeli wszystko pójdzie zgodnie z planem, to za kilka lat Madagaskar będzie pełen polskiego drobiu (śmiech).

Twoją drugą głośną inicjatywą było przyjęcie do Poznania uchodźców…

To była odpowiedź na apel papieża Franciszka, by każda wspólnota parafialna przyjęła rodzinę uchodźców. Myśl tę poparł arcybiskup Gądecki, a ja pobiegłem do swego proboszcza, chcąc jak najszybciej się w to włączyć. Rozesłałem smsy, powiedziałem o tym na mszy, a gdy napisałem na Facebooku: „Musimy przyjąć uchodźców. Wynająć dla nich mieszkania. Daję 3 tys. zł. Kto dołoży?”, po kilku minutach na koncie było ponad 20 tys. zł! Wsparliśmy rodziny z Syrii i Iraku, które wkrótce tu przybyły, ale niestety szybko okazało się, że nie wiążą swojej przyszłości z naszym krajem i wyjechały. Pieniądze przekazaliśmy więc Caritasowi, który prowadzi obozy dla uchodźców – tam zostaną najlepiej spożytkowane na cel, na jaki zostały podarowane. To bardzo ważne, żeby wszyscy wiedzieli, że dar ich serca nie został zmarnowany, zwłaszcza młodzi ludzie nie mogą w takich momentach poczuć się zawiedzeni ani tym bardziej oszukani. Muszą widzieć w tym sens.

Jak to robisz, że nawiązujesz tak fenomenalny kontakt z wychowankami?

Po prostu nie traktuję ich jak wychowanków, ale jak swoją… radę nadzorczą. Przychodzę do nich, opowiadam o pomyśle na jaki właśnie wpadłem, a oni filtrują go przez swoje głowy, przez swoją znajomość świata i wydają werdykt. Zawsze słucham ich opinii, bo co ja mogę wiedzieć – to oni znają prawdziwe życie, a ja tylko takie „kościółkowe”.

Jednym ze zrealizowanych z młodzieżą pomysłów była zmiana obskurnych garaży przy ul. Św. Floriana w kolorową aleję graffiti.

Każdego dnia idąc do szkoły, i ja i uczniowie mijaliśmy szare, blaszane, wyjątkowo okropne garaże. Pomyśleliśmy, że fantastycznie byłoby wspólnymi siłami zmienić tę przestrzeń, szczególnie że młodzież uczy się tu grafiki, fotografii i logistyki. Przekonaliśmy do tej idei właścicieli garaży, po czym około stu uczniów przez miesiąc, wieczorami – musiało być ciemno, bo wzory wyświetlane były z rzutnika – z dużym zaangażowaniem twórczo pracowało. Na ścianach pojawiła się historia patrona parafii św. Floriana, patrona szkoły Witolda Pileckiego oraz inne malunki pokazujące, że młodzi ludzie, pamiętając o przeszłości, chcą budować nową przyszłość. Te dziesiątki litrów farby i setki godzin pracy bardzo nas połączyły – szkołę, parafię, radę osiedla i mieszkańców.

 Mijający rok upłynął ci i twoim podopiecznym przede wszystkim pod znakiem siedmiu wielkich uczynków.

 Uważnie wsłuchujemy się w słowa papieża Franciszka, więc gdy, w związku ze Światowymi Dniami Młodzieży, ogłosił ten rok Rokiem Miłosierdzia, postanowiliśmy, że w każdym miesiącu będziemy spełniali kolejny uczynek miłosierdzia względem ciała. Zaczęło się od styczniowego nawiedzania chorych. Odzew młodzieży był tak wielki, że każdy z pacjentów miał po kilku „opiekunów”, którzy na ile to możliwe pomagali, ale przede wszystkim spędzali czas z tymi, którzy bardzo tego potrzebowali. W tych zmęczonych trudną codziennością i cierpieniem ludzi wstępowała nowa energia, a młodzi mieli okazję zmierzyć się z chorobą.

W lutym przyszedł czas, by więźniów pocieszać, a w marcu spełnialiście uczynek siódmy: umarłych pogrzebać. Jak to się odbywało?

Najpierw pisaliśmy listy do osadzonych, a potem odwiedzaliśmy ich w zakładzie karnym, gdzie uczestniczyliśmy we wspólnej mszy. Spotkanie z rówieśnikami, którzy są osadzeni i odsiadują wyroki było bardzo silnym, poruszającym przeżyciem dla młodych ludzi. Natomiast do kolejnego uczynku podeszliśmy dość niebanalnie. Pomyśleliśmy, że skoro patron naszej szkoły – Witold Pilecki, nie ma własnego grobu, to powinniśmy mu go stworzyć. Podczas mszy rozdaliśmy sto dębów, które zostały zasadzone, tworząc symboliczne miejsce pamięci tego bohatera.

W kwietniu: spragnionych napoić.

Ten obowiązek chrześcijanina udało nam się wykonać dosłownie. Zebraliśmy bowiem ponad 60 tys. zł, za które fundacja Janiny Ochojskiej wywierci studnię Mieszko I w Sudanie Południowym, jednym z najbiedniejszych państw świata, gdzie ludzie do źródła wody pitnej mają średnio po dwa kilometry. Kwestowanie w tej sprawie uświadomiło nam, jak beztroskie i szczęśliwe jest nasze życie. Natomiast w maju postanowiliśmy spełnić uczynek trzeci: nagich przyodziać. Rozpoczęło się od planowanej wyprawy 25 studentów Uniwersytetu Medycznego do Kenii, którzy zabierali ze sobą ponad dwadzieścia ton sprzętu i leków, ale mieli jeszcze wolne miejsce. Wiedząc o takiej potrzebie, zdecydowaliśmy się przekazać Kenijczykom… trampki. Zorganizowaliśmy zbiórkę i 2 tys. par butów pojechało z młodymi medykami do Afryki.

W kolejnym miesiącu skupiliście się na nakazie: głodnych nakarmić, a w lipcu: podróżnych w dom przyjąć. Jak udało się wam wypełnić je w praktyce?

Przez cały czerwiec zbieraliśmy jedzenie dla potrzebujących. Każdej niedzieli parafianie przynosili do kościoła setki kilogramów ryżu, makaronu i innego suchego jedzenia, a żeby nikt nie zapomniał włączyć się do akcji, podczas mszy kazałem wiernym wyciągnąć telefony i ustawić odpowiednie przypomnienia. Zbiórka wyszła bardzo dobrze, a zebrane pożywienie przekazaliśmy do jadłodajni dla ubogich. Nasz ostatni uczynek miłosierdzia był zaś chyba największą przyjemnością – jeżyccy parafianie ugościli grupę 50 Francuzów, którzy przyjechali do Polski na ŚDM.

Można powiedzieć, że tym sposobem w zaledwie siedem miesięcy zrealizowałeś cały „plan roczny”. Takich „przodowników pracy” nie lubi się chyba w żadnej firmie? Czy w twoim przypadku jest inaczej?

Moją pracę duszpasterską rozpoczynałem jako wikariusz w Rydzynie – proboszcz się na mnie nie skarżył, parafianie też chyba byli zadowoleni. Wziąłem sobie wówczas za cel m.in. usprawnienie komunikacji między nami wszystkimi, założyłem więc profil parafii na Facebooku – pomysł wszystkim bardzo się spodobał. Z rydzyńską młodzieżą regularnie jeździliśmy na wycieczki i pielgrzymki. Naprawdę dobrze wspominam ten czas, a spędziłem tam dwa lata. Potem przeniesiono mnie do parafii św. Floriana na Jeżycach, a po kolejnych dwóch latach na Bonin.

To awans czy zesłanie?

Takie zmiany to coś zupełnie naturalnego na początku duszpasterskiej drogi. Osobiście każde przeniesienie postrzegam jako kolejne wyzwanie. Bonin usytuowany jest tuż koło Jeżyc, będę więc kontynuował to, co zacząłem w poprzedniej parafii. Doszły mi ponadto nowe, bardzo ciekawe obowiązki – mam zorganizować duszpasterstwo akademickie dla studentów Uniwersytetu Przyrodniczego oraz wszystkich studentów mieszkających w akademikach przy Obornickiej. 

Ewangelizowanie mieszkańców Zbyszka czy Jagienki to faktycznie wyzwanie, ale wieść miejska niesie, że nawracałeś już pogan w zamorskich krajach…

Bez przesady! (śmiech) Byłem na praktykach w Trynidadzie i Tobago, gdzie katolicy stanowią 30% społeczeństwa, brakuje tam jednak księży, więc nierzadko osoby świeckie muszą wypełniać obowiązki kapłańskie. Tamtejsza msza trwa co najmniej dwie godziny – wszyscy serdecznie się witają i wylewnie żegnają, a całe niedzielne spotkanie nie jest akademią ku czci, ale radosnym spotkaniem lubiących się ludzi, którzy czują się wyróżnieni swoją wiarą i pragną ją pielęgnować. Dobrze poznać Kościoły w innych krajach, bo wówczas widać, że choć każdy żyje ewangelią, to trochę inaczej ją głosi.

Na Jeżycach głosiłeś nową ewangelizację, organizując ekumeniczne rekolekcje, które trafiły do głównych dzienników telewizyjnych.

Problem uchodźców był żywo dyskutowany, więc uznałem, że rekolekcje to doskonały czas, aby wyjść poza medialne uproszczenia i zdobyć podstawowe informacje o innych wyznaniach, zwłaszcza, że to właśnie odmienność religijna jest tym, czego najbardziej się obawiamy w przybyszach. Rekolekcje miały być opowieścią o trzech wielkich religiach monoteistycznych. O islamie mówił imam Youssef Chadid opiekujący się ponad 600-osobową wspólnotą poznańskich mahometan, natomiast rabin Jakub Ben Nistell opowiadał młodym ludziom o judaizmie. To była bardzo fajna i sensowna idea, bo Polacy nie muszą, a nawet nie mają okazji, na co dzień konfrontować się z wyznawcami innych religii. Czasem przez całe życie nie zadają sobie nawet pytania, dlaczego są katolikami, co ich odróżnia i co w ogóle oznacza bycie katolikiem. Świat od kilkudziesięciu lat staje się globalną wioską, Kościół jest powszechny od tysiącleci i nikt tak jak my nie jest predystynowany do mówienia o odmiennościach i podobieństwach. Medialny rozgłos wziął się zaś stąd, że dziennikarze znają mój profil na Facebooku, a w czasie rekolekcji nie mieli pewnie żadnych gorących tematów (śmiech).

 Zamysł był piękny, a wyszło… 

Ogólnie dobrze, ale wydarzyła się przykra sytuacja. Relacje z rekolekcji pojawiły się w ogólnopolskich serwisach i ktoś w rabinie Jakubie Ben Nistellu rozpoznał Jacka Niszczotę, którego najlepiej określa słowo hochsztapler. Człowiek ten, nie będąc rabinem, ani nawet Żydem, przez sześć lat funkcjonował jako rabin poznańskiej gminy – do tego momentu nikt nie zorientował się, że coś jest nie tak. W Ciechanowie zaś znali go doskonale i już od dawna poszukiwali. Niemniej z samą gminą żydowską mam dobre relacje i wierzę, że jeszcze nie raz uda nam się wspólnie zorganizować wiele słusznych inicjatyw. Zdanie to podziela przewodnicząca gminy, pani Alicja Kobus, która zna mnie zresztą od dziecka, bo kierowała przedszkolem w Murowanej Goślinie, do którego chodziłem.

Jednym z bezsprzecznie udanych projektów była natomiast msza święta z okazji 1050-lecia chrztu Polski.

Tak! Ale to przede wszystkim zasługa Gabriela Kaczmarka – kompozytora, który przez cały rok pracował z orkiestrą symfoniczną i chórem, by osiągnąć końcowy efekt. Wykorzystał przepiękną muzykę sakralną i świecką: z Alicji w krainie czarów czy Królowej Śniegu, a podczas mszy zaśpiewali donGURALesko oraz Kasia Wilk. W nabożeństwie, które odbyło się 15 maja, uczestniczyło ponad 2 tys. wiernych, pojawili się również ludzie, którzy zasadniczo nie chodzą do kościoła, także ateiści. Całość transmitowała WTK, a ambasada Polski w Berlinie zaprosiła nas, by z okazji Święta Niepodległości, 11 listopada odprawić u nich mszę. Całe wydarzenie było dla mnie naprawdę ważne, bo pokazało to, co powinno zdarzać się jak najczęściej: msza święta połączyła się z życiem codziennym ludzi, przeniknęła i współtworzyła je.

Podkreślasz, że najważniejszy jest drugi człowiek. Co jest w nim tak fascynującego?

On sam! Nie jego poglądy, szczególnie te polityczne, ale właśnie człowiek i historia jego życia. Z ciekawością słucham ludzi, obserwuję ich i widzę, że tak wielu pragnie zmieniać świat na lepsze, a potem chcę opowiedzieć im własną historię. Bardzo mi żal, gdy ktoś mówi: „jesteś księdzem, nie warto z tobą rozmawiać” – i to nie z powodu wykluczenia, ale dlatego, że nie poznam jego opowieści. Uwielbiam ludzi pasji, mogę ich słuchać godzinami. Puśćmy łódki na wodę w Parku Sołackim, wyślijmy kury na Madagaskar, przypomnijmy ludziom ich legendy… a świat się zmieni. Ale o czym ja mówię, Chrystus czekał cztery wieki, żeby ludzie zrozumieli jego przekaz i stworzyli Kościół powszechny. Wszystko toczy się swoim rytmem, trzeba być cierpliwym i wierzyć, że serce każdego człowieka prędzej czy później otworzy się na dobro. Nigdy natomiast nie zajmuję się polityką – ona nie tylko nie tworzy, ale przede wszystkim niszczy relacje.

Niemniej aktualnie jesteś ulubionym księdzem „Gazety Wyborczej”, a pamiętamy, że dla księdza Lemańskiego czy Bonieckiego rozmowy opublikowane w tym dzienniku nie najlepiej się skończyły. Nie obawiasz się powielenia ich doświadczeń?

Jako ksiądz ślubowałem posłuszeństwo swojemu biskupowi i to jest fantastyczna sprawa. Nie muszę się zastanawiać, wątpić, ważyć racji – dostaję polecenie, to ląduję w nowej parafii i natychmiast zabieram się do pracy, a jak trzeba – udzielam wywiadu. Wiem, że ktoś znacznie mądrzejszy podjął decyzję, że właśnie w tym miejscu i tak, a nie inaczej będę mógł przysłużyć się wspólnocie, mi pozostaje tylko jak najlepiej wykonać powierzoną misji nie zawieść zaufania. Mam ogromne szczęście, że papieżem jest Franciszek, a arcybiskupem Stanisław Gądecki – człowiek niezwykłej roztropności i mądrości, który ma na głowie cały polski Kościół, a mimo to, gdy mnie widzi, to uśmiecha się i pyta: „Jak tam kury?”. Przygląda się temu, co robimy, czasem pewnie z pobłażaniem, ale nie gasi entuzjazmu – ma taką mądrość akceptacji.

W mediach katolickich nie pojawiasz się jednak zbyt często. Dlaczego?

Może dla katolickich mediów to, co robię jest oczywiste i uważają, że nie warto o tym pisać. Znają zresztą przykłady licznych kapłanów i świeckich, którzy robią znacznie więcej niż ja. „Wyborcza” jest zaś dla mnie miejscem ewangelizacji, sposobem otwierania ludzi na Jezusa. Część nauczycieli z mojej szkoły początkowo mnie ignorowała, ale gdy przeczytali wywiad w „Wysokich Obcasach”, dostrzegli we mnie człowieka wartego rozmowy. Może dzięki temu przychylniej spojrzą na Kościół…

Jak przyjmowany jesteś w parafiach przez innych, bardziej „konwencjonalnych” księży? Zazdroszczą ci popularności i niekłamanej sympatii ludzi?

Na początku zawsze jest trudno. Zanim przybyłem na Winiary, wyprzedziły mnie różne opinie na mój temat. Księża uważnie mi się przypatrywali, zadawali sobie pytania, czy jestem prawdziwy i szczery, czy emanuję pychą czy ewangelią. Być może w niektórych pojawia się trochę zazdrości – wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. Ksiądz Kaczkowski mówił, że każdego dnia należy żyć maksymalnie, na pełnej petardzie, tak, jakby jutro miało nas nie być – zainspirowany jego słowami, staram się żyć jak najlepiej, nieustannie powtarzając, że najważniejsza jest miłość. I wiara. Dzięki nim człowiek nie skupia się na sobie, nie myśli o tym, że ktoś może go zranić, ale nade wszystko – umie wybaczać. I codziennie z nową siłą staje przed kolejnymi, wielkimi i małymi wyzwaniami.

rozmawiał Paweł Cieliczko

(Tekst pierwotnie opublikowany został w Magazynie „Puls Poznania” w grudniu 2016 r.)

Komentarze