HORROR DOMU RACZYŃSKICH

HORROR DOMU RACZYŃSKICH

Opublikowany w Opowiadania o Poznaniu Tagi ,

Dziś przypada 188. rocznica powstania w Poznaniu Biblioteki Raczyńskich. Z tej okazji przypominamy opowiadanie, które otrzymało tytuł opowiadania roku „Magazynu Histeria”, traktujące o jednym z patronów tego miejsca. Będzie to historia Edwarda, który w dość spektakularny sposób zakończył swój żywot. Ci, którzy bardziej wolą słuchać mogą odtworzyć poniże słuchowisko z tym samym opowiadaniem. Miłego odbioru.

Pamiętam doskonale ten zimowy styczniowy wieczór, gdy ogień w kominku płonął wesoło, a ja obraz przedstawiający Bibliotekę Raczyńskich uzupełniałem o dwóch pruskich żandarmów. Usłyszawszy łomotanie za oknem, pomyślałem, że to wicher stuka okiennicami, wiatr jednak po chwili ustał, a stukot zabrzmiał ponownie. Gdy uchyliłem drzwi, w śnieżnej zadymce zobaczyłem szczupłego mężczyznę w czarnym płaszczu, który nie wypowiadając ani słowa wręczył mi zapieczętowany list, wsiadł do sań i rozpłynął się w białej zamieci, zanim zdążyłem go o cokolwiek zapytać. Wyglądał jak czarny, zmoknięty ptak, jak wielki zakapturzony kruk. Jego postać stanęła mi przed oczami kilka lat później, gdy przeczytałem wiersz amerykańskiego poety, opisujący podobną, nocną wizytę…

 

W głuchą północ, w snów tumanie, gdy znużyło mnie dumanie Nad księgami zapomnianej magii, znanej w dawnych dniach, Chyląc głowę nad foliałem, niespodzianie usłyszałem Chrobot, jakby ktoś nieśmiałym palcem skrobał znak na drzwiach. „Gość”, mruknąłem, „tym sygnałem daje znać, że stanie w drzwiach: Skąd ten zimny pot i strach?”

 

Myśli przychodzą i ulatują, o tym, że to skojarzenie nie było przypadkowe przekonany jestem, odkąd dowiedziałem się, że pierwodruk tego wiersza ukazał się w styczniu 1845 roku, dokładnie wtedy, gdy nocą do drzwi mojego poznańskiego domu zakołatał ten „człowiek–kruk”.

Dzisiaj, kiedy dogorywam na perskiej ziemi, czekając, aż łaskawy Bóg skróci moje cierpienia i pozwoli mi spokojnie odejść z tego świata, zamiast pisać testament, opowiedzieć pragnę historię, która sprawiła, że porzuciłem służbę publiczną na niemieckim wschodzie oraz w stolicy i podążyłem ku krainom, o jakich przed laty opowiadał mi ojciec, ku krainom, o których czytałem w dzieciństwie, ku krainom z baśni tysiąca i jednej nocy.

Wszystko zaczęło się w Poznaniu, 21. stycznia 1845 roku.

***

Juliusowi von Minutouli – dyrektorowi Prezydium Królewskiej Policji w Poznaniu – wszystko tego dnia kojarzyło się z jednym człowiekiem. Już rankiem, gdy przejeżdżał przez Ostrów Tumski, wydawało mu się, że widzi go, gdy wychodzi z Katedry, gdzie nadzorował ostatnie prace przy Złotej Kaplicy. Kiedy spoglądał na wznoszoną na Wzgórzu Winiarskim Cytadelę, pomyślał o wodociągu, który on poprowadził z tego wzgórza, zapewniając świeżą wodę mieszkańcom Poznania. Przejeżdżając przed budynkiem Ziemstwa Kredytowego patrzył, jak wozacy poją konie w ufundowanej przez niego studzience z medalionem, na którym niemiecki rytownik błędnie wyrył polskie słowo i oda Pindara w Poznaniu brzmi; „Nic lepzego nad wodę”. Kiedy wreszcie wjechał na Plac Wilhelmowski niemal jęknął, zobaczywszy budynek stworzonej przez niego biblioteki. Także teraz, gdy siedział już w swoim gabinecie, w nowym budynku poznańskiej policji, piętrzył się przed nim stos przepastnych teczek z raportami, listami, pismami urzędowymi, wycinkami z gazet oraz odręcznymi notatkami, które przez lata skrupulatnie gromadzili wywiadowcy i pracownicy poznańskiej policji… a wszystko to w związku z tym właśnie człowiekiem.

Od samego rana – gdy tylko powiadomiono go o tragicznej śmierci hrabiego – wszystkie myśli Minutoulego krążyły wokół osoby Edwarda Raczyńskiego. Nie mógł uwierzyć, że ten dumny wielkopolski magnat popełnił samobójstwo. Nie mógł uwierzyć, że zdecydował się uklęknąć przed wylotem armatniej lufy, że sam podpalił lont, a potem czekał, aż pocisk rozerwie jego głowę na krwawe szczątki. Potrafił sobie wyobrazić, że ten wytworny arystokrata znudził się światem i postanowił sam zakończyć swoje życie. Nie mógł uwierzyć, że mógł uczynić to w tak bardzo nieestetyczny sposób.

Ludzie mają prawo ginąć z najrozmaitszych powodów – myślał policjant – większość umiera we własnych łóżkach ze starości czy od chorób, liczni giną na wojnach, wielu ulega wypadkom na polowaniach czy w innych okolicznościach. Są śmierci oczekiwane, są śmierci nagłe, są śmierci tragiczne. Najbardziej nieoczekiwaną, tragiczną i tajemniczą jest zawsze śmierć samobójcza, która uśmierca człowieka podwójnie: pierwszy raz, przerywając jego ziemskie bytowanie, oraz drugi raz, zabierając mu możliwość zbawienia i życia wiecznego. Gdy śmierć samobójcza spotyka człowieka bogatego, szczęśliwego i powszechnie znanego, to zdarzenie to porusza ludzi i staje się przedmiotem plotek i niesamowitych opowieści. Policja jest zaś od tego, by dusić je w zarodku i przedstawiać racjonalne wyjaśnienia najbardziej nawet nieracjonalnych wydarzeń. Minutouli – jako szef poznańskiej policji – miał obowiązek uczynić wszystko, żeby zracjonalizować kompletnie nieracjonalny postępek hrabiego.

***

List zapieczętowany był bardzo starannie, a w czerwonej lakowej pieczęci wyraźnie odciśnięta była chusta z przewiązanymi końcami, herb Raczyńskich – Nałęcz. Długo patrzyłem na rozlaną efektownie lakową pieczęć i na zarys splecionych łodyg, tworzących roślinną fakturę na czerpanym papierze. Długo ważyłem list w ręku, przyglądałem się jemu, gładziłem go. Miałem nieodparte przeczucie, że kiedy wreszcie postanowię złamać pieczęć i przeczytam treść listu, otaczający mnie świat zmieni się nie do poznania. Intuicja zawsze odgrywała w moim zawodzie nie mniejszą rolę niż wiedza, tym razem przeczucie także mnie nie zawiodło. Gdy przeczytałem wreszcie list, wiedziałem, że coś się nieodwracalnie skończyło, coś odeszło. Poczułem brak i niemożliwe do zaspokojenia niespełnienie.

Pamiętam doskonale tę chwilę, gdy zrozumiałem, że nie jestem nieśmiertelny, że pewnego dnia i ja zniknę, tak jak zniknęli wszyscy ludzie przede mną i tak jak będą znikali wszyscy ludzie po mnie. Człowiek, który wyleczył me ciało, otworzył zamknięte wrota mej duszy, uświadomił mi, że należy wybierać to, co się kocha, a nie to, czego oczekują od nas inni. Zrozumiałem, że to inni są naprawdę zniewoleni, a ja sam sobie stworzyłem złotą klatkę nakazów, obowiązków, powinności. Nie żyłem swoim życiem, tylko wypełniałem zobowiązania wobec rodu. Miłosne okowy wkrótce także stały się li tylko okowami. Gdy nie potrafiłem się wywiązać ze swych obowiązków, starałem się chociaż jakoś rekompensować moje zaniedbania. Czujne oczy szpiega śledziły każdy mój ruch. Nie odstępował mnie na krok. Ciemny cień, który zawsze podążał tropem moich kroków i moich myśli. Gdy traciłem nadzieję, że mogę cokolwiek zmienić, uwolnić od duszących mnie cieni, spotkałem tego, który mnie uleczył. Pojąłem, że sam zniweczyłem terapię. By uleczyć duszę, musiałem najpierw mieć zdrowe ciało. Wiedziałem, że nikomu nie mogę ufać, że nikogo nie mogę wprowadzić w mój tajny plan, że nikt mnie nie zrozumie, a każdy mnie potępi i zdradzi. Ukazywałem im tylko swoje zbolałe cierpieniem oblicze. Mimo melancholii, jaka mnie ogarniała, i chęci ucieczki od tego świata, starałem się uczynić jak najwięcej dobrego dla mych krajan. Zawsze znajdował się ten, co niszczył to, co chciałem zbudować. Jak szatan, który sam nic nie buduje, a dzieła boskie niszczy. Gdy zły wszedł nawet do przybytku bożego, który stać się miał za mą przyczyną świątynią narodową, zrozumiałem, że na tym świecie sił mi nie starczy na zła pokonanie. Poznań to zbyt małe miasto dla mnie, nie na skalę  mych  myśli  i zamierzeń, nie  ma w nim  stosownego  rozmachu  w murach i w ludzkich  umysłach.  Mądrzej uczynił  mój  brat,  wybierając  stołeczny  Berlin i niemiecką kulturę. Tam go potrafią docenić. Skłaniając się coraz bardziej ku odejściu z tego świata, pozostawić po sobie postanowiłem pogrzebowy podarunek, by ci, którzy nie chcą mi towarzyszyć, nie musieli iść drogą, z której nie ma odwrotu. Byłem jak błędny rycerz, który wierzył w moc słowa i chciał świat modelować tak, by pasował do pięknych słów. Póki sił i wiary mi starczało, walczyłem z wiatrakami, gdy zasłona z oczu mi spadła… odchodzę tak, jak ten błędny rycerz.

 ***

 „Gazeta Wielkiego Księstwa Poznańskiego” pachniała świeżą, drukarską farbą, leżąc na orzechowym blacie biurka, za którym siedział dyrektor poznańskiej policji – Julius von Minutouli. Najważniejszy policjant w Poznaniu nie spojrzał jednak nawet na jej szpalty. Z kamienną twarzą słuchał raportu wygłaszanego przez przodownika policji Egona Krenza, który beznamiętnym, rzeczowym tonem relacjonował koleje życia hrabiego Edwarda Raczyńskiego.  Nieskrywaną  przyjemność  sprawiało mu  przewracanie kolejnych  kartek w teczce  z materiałami  dotyczącymi  niepokornego polskiego  pana, które  przez  lata skrupulatnie gromadziła pruska policja królewska. Wreszcie przeszedł do raportu sporządzonego na podstawie relacji kaprala z garnizonu w Śremie, który był na miejscu samobójczej śmierci hrabiego. Koszmarne okoliczności związane ze śmiercią hrabiego nie wpłynęły jednak na zmianę tonu referatu.

Po dwóch godzinach policjant zakończył referat, podniósł wzrok ku twarzy dyrektora policji, a nie doczekawszy się żadnej reakcji, zamknął teczkę, starannie ją zasznurował i równo położył na brzegu blatu. Stuknął służbiście obcasami, by podkreślić, że skończył referować i oczekuje na kolejne polecenia. Nie potrafił przewidzieć, co postanowi jego ekscentryczny przełożony. Równie dobrze mógł kazać zanieść teczkę do archiwum w piwnicy Prezydium Policji, jak i wysłać wszystkich poznańskich policjantów wzmocnionych przez oddział landwehry do przeszukiwania Kępy Zaniemyskiej. Policmajster wybrał rozwiązanie pośrednie.

– Niech pan weźmie kilku ludzi, rozejrzyjcie się po pałacu w Rogalinie, po wyspie w Zaniemyślu, popytajcie okolicznych chłopów – zakomenderował. – A i w Poznaniu przepytajcie konfidentów, czy czegoś o samobójczych planach pana hrabiego nie słyszeli, a może o kimś, kto by go chciał zdekapitować. – Widząc niepewną minę policjanta, wykonał charakterystyczny gest ręką po szyi.

– Zrozumiałem. – Policjant zaszurał regulaminowo.

– Zróbcie taką zwykłą, policyjną robotę, jaką normalnie powinniście wykonać wtedy, gdy w jakichś dziwnych okolicznościach ginie ktoś ważny i bogaty – zakończył.

– Tak jest.  – Oficer zasalutował i z nieukrywanym zadowoleniem opuścił  gabinet szefa.

***

Miałem nieodparte przeczucie, że złamanie lakowej pieczęci Raczyńskich i uważna lektura listu sprawią, że odkryję rozwiązanie tajemnicy hrabiego. Nie był to pierwszy sekret, który miałem odkryć, wiedziałem, że konsekwencje tego listu będą dla mnie znacznie poważniejsze. Obawiałem się, że może on zmienić także moje życie. Zacząłem powoli czytać kolejne zdania i rozszyfrowywać ich ukryte treści.

Pamiętam doskonale tę chwilę, gdy zrozumiałem, że nie jestem nieśmiertelny, że pewnego dnia i ja zniknę, tak jak zniknęli wszyscy ludzie przede mną i tak, jak będą znikali wszyscy ludzie po mnie… – zaczynał hrabia.

 

Samobójstwo nie jest decyzją, którą podejmuje się pochopnie – pomyślałem. – Właściwie to nie mówmy o samobójstwie, mówmy raczej o radykalnej decyzji życiowej. Takiej decyzji inteligentny, dojrzały człowiek nie podejmuje pod wpływem impulsu. Do takiej decyzji się dorasta, dojrzewa. Zawsze jest jednak coś, co jak iskra zapala lont. Tą iskrą jest zdarzenie, które uświadamia człowiekowi, że jest śmiertelny, że nie zdąży w życiu osiągnąć wszystkiego, co sobie zaplanował, że musi wybrać to, na czym mu naprawdę zależy. W pogoni za codziennymi sprawami nie mamy nawet czasu na taką refleksję. Hrabia ten czas znalazł dopiero w 1841 roku.

Po zakończeniu sejmu prowincjonalnego, objeżdżał łęgi nadobrzańskie. Lekki atak apopleksji unieruchomił mu język i połowę twarzy. Hrabia stał się niemy. Nie mógł działać, nie mógł wydawać poleceń, nie mógł mówić. Mógł jedynie myśleć i dzięki temu – może po raz pierwszy od lat – zyskał możliwość zastanowienia się nad tym, co jest naprawdę dla niego ważne. W jaki sposób chciałby naprawdę przeżyć resztę swojego życia, którego ograniczoność po raz pierwszy chyba wyraźnie mu się ukazała.

…Człowiek, który wyleczył me ciało, otworzył zamknięte wrota mej duszy, uświadomił mi, że należy wybierać to, co się kocha, a nie to, czego oczekują od nas inni…

Człowiek, który wyleczył me ciało – uśmiechnąłem się, bo znałem rozwiązanie zagadki – człowiekiem tym był doktor Karol Marcinkowski, który podjął się wówczas leczenia hrabiego. Zastosował nowoczesną i eksperymentalną metodę lekkich wstrząsów elektrycznych. Terapia się powiodła i hrabia powrócił do pełnej sprawności. Jednak tego, co zaszło w tych dniach między największym magnatem w Wielkopolsce a medykiem leczącym poznańską biedotę, możemy się tylko domyślać. Hrabia, przyzwyczajony od lat do wydawania rozkazów, był uzależniony od wiedzy, talentu i szczęścia ubogiego medyka. Terapia była ryzykowna. Lekarz musiał zdobyć pełne zaufanie pacjenta. Jak mógł to uczynić? Może dopuszczając go do swej największej i najbardziej intymnej tajemnicy? A co było jego największym sekretem? Czy przypadkiem nie – niemożliwa do spełnienia – miłość do arystokratki Emilii Sczanieckiej?

…Zrozumiałem, że to inni są naprawdę zniewoleni, a ja sam sobie stworzyłem złotą klatkę nakazów, obowiązków, powinności…

 

Doktor Marcin kochał pannę Emilię, panna Emilia kochała Marcinkowskiego, ale konwenanse epoki i niski status społeczny i majątkowy lekarza nie pozwoliły im się połączyć. Nie mogli być razem, nie chcieli być z nikim innym, więc pozostali samotni i poświęcili się dla innych.

…Nie żyłem swoim życiem, tylko wypełniałem zobowiązania wobec rodu…

 

On, najbogatszy magnat Wielkiego Księstwa, miał pełną swobodę decydowania, jednak miast swobodnie wybierać, starał się spełniać oczekiwania, jakie pokładał w nim dziadek – Kazimierz Raczyński. Gdy ten umarł, hrabia natychmiast pojął za żonę swoją kuzynkę Konstancję Potocką, na ślub z którą wcześniej nie zgadzał się antenat. Wydawać by się mogło, że spełniło się jego marzenie o poślubieniu ukochanej kobiety, jednak wkrótce okazało się, że teraz hrabia musi wypełniać oczekiwania, jakie ma wobec niego żona.

…Miłosne okowy wkrótce także stały się li tylko okowami…

 

Konstancja wkrótce przestała wzbudzać jego silniejsze emocje i zmysły, doceniał jej umiejętności, szanował jej inteligencję, stał się bardziej jej przyjacielem niżeli mężem. Nie odczuwał potrzeby zbyt częstego przebywania w towarzystwie hrabiny. Coraz częściej podróżował sam. Musiała czuć się coraz bardziej odsunięta i zaniepokojona.

…Gdy nie potrafiłem się wywiązać ze swych obowiązków, starałem się chociaż jakoś rekompensować moje zaniedbania…

 

Może formą tej rekompensaty było publiczne podkreślanie wkładu hrabiny w wydawnictwa hrabiego, poświęcane jej dedykacje, fundowanie ulic czy chodników, którym miała patronować, wreszcie zamówienie jej pomnika. Żona zmarmurzona na pomniku nie wydaje się wszak wyrazem szczególnie gorących uczuć, raczej ich ostatecznego zastygnięcia w brązowym odlewie.

…Czujne oczy szpiega śledziły każdy mój ruch. Nie odstępował mnie na krok…

 

Pomyślałem o sekretarzu hrabiego, nieodstępującym go w ostatnich miesiącach. Gottloba Conrada znalazła i podsunęła hrabiemu żona. Conrad miał być jego sekretarzem i opiekunem, ale przede wszystkim jej szpiegiem. Raczyński był jednak zbyt inteligentny, by tego nie zauważyć – pomyślałem. A jednak nie zrobił nic, by pozbyć się tego anioła stróża.

…Ciemny cień, który zawsze podążał tropem moich kroków i moich myśli…

 

Nie zdradził nawet, że domyśla się prawdziwej roli swego asystenta. Dlaczego? Może postanowił uczynić szpiega nieświadomym wspólnikiem, a dzięki jego nieświadomości, wspólnikiem niezwykle wiarygodnym. Conrad śledził każdy jego krok, pisał sprawozdania Konstancji. Hrabia dbał, by szpieg przekazywał relacje wiarygodne, a nawet prywatne i intymne. Z Conrada uczynił sobie latarnię, która oświetlała jego czyny i zamiary. A może rzec inaczej. Sekretarz był cieniem swego pana, pan jednak wiedział o cieniu i dbał o to, by cień tak się układał, jak on sobie tego życzy.

…Gdy traciłem nadzieję, że mogę cokolwiek zmienić, uwolnić od duszących mnie cieni, znowu spotkałem tego, który mnie uleczył. Pojąłem, że sam zniweczyłem terapię. By uleczyć duszę, musiałem mieć zdrowe ciało…

 

To chyba o tym, jak za namową Marcinkowskiego pojechał do wód do Gastein. Z docierających do Poznania wieści wynikało, że hrabia bardzo przyspieszył zaleconą mu wtedy kurację. Zdrowiał niemal z dnia na dzień. Czy spieszył się tak bardzo, bo chciał w pełni sił i zdrowia wystrzelić się na drugi świat?

…Wiedziałem, że nikomu nie mogę ufać, że nikogo nie mogę wprowadzić w mój tajny plan, że nikt mnie nie zrozumie, a każdy mnie potępi i zdradzi. Ukazywałem im tylko swoje zbolałe cierpieniem oblicze….

 

Pan się leczył, a sekretarz donosił o nasilających się bólach kręgosłupa, o nawrotach depresji, o czarnej melancholii, w jaką popada hrabia. Bóle miały być tak wielkie, że kazał sobie przygotować marmurowe łoże, w którym się kładł. Wyglądał wtedy jak na katafalku.

…Mimo melancholii, jaka mnie ogarniała, i chęci ucieczki od tego świata, starałem się uczynić jak najwięcej dobrego dla mych krajan…

 

Pamiętałem wnioski hrabiego z ostatnich sejmów prowincjonalnych. Postulował o szkołę realną w Poznaniu, o niezamykanie więźniów w kazamatach, a wysyłanie na jakąś wyspę, o powołanie szkoły dla panien szlacheckich. Dla żadnego wniosku nie uzyskał poparcia krajan w sejmie, wszystkie przepadły, a przecież wiedział, jak pozyskiwać głosy. Chyba mu na nich szczególnie nie zależało, wiedział, że i tak nie zobaczy efektów.

…Zawsze znajdował się ten, co niszczył to, co chciałem zbudować. Jak szatan, który sam nic nie buduje, a dzieła boskie niszczy…

 

Pan Edward spodziewał się pewnie, że na sejmie w 1843 roku odbierze hołdy i podziękowania za urządzenie kaplicy królów polskich. Powstała wszak dzięki jego inwencji, zaangażowaniu i pieniądzom. A tu poseł Pantaleon Szuman zarzuca mu pychę i magnacką dumę, a inni go popierają. Hrabia się nie bronił, nie przedstawiał swych racji. Wielu by się zresztą znalazło gotowych bronić takiego pana. Wystarczyło, by skinął. Nie skinął. W pokorze przyjmował zarzuty. Jakby wiedział, że bez żadnych słów wygra ten pojedynek. Ze smutkiem patrzył na posła ze Swarzędza, świadom jego małości i swego ostatecznego zwycięstwa. Nawet jeśli osiągnięte zostanie zza grobu. On zapamiętany zostanie jako niezrozumiany i niedoceniony filantrop, a poseł Szuman wyłącznie jako ten, co popchnął go ku samobójczej śmierci.

…Gdy zły wszedł nawet do przybytku bożego, który stać się miał za mą przyczyną świątynią narodową, zrozumiałem, że na tym świecie sił mi nie starczy na zła pokonanie…

 

Inscenizacja była przygotowana doskonale. Hrabia zaplanował wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Dopilnował, by robotnicy starannie zatarli jego nazwisko na marmurowej płycie w kaplicy królewskiej. – Skoro nie chcecie uznać we mnie fundatora i mecenasa, skoro jesteście tak niewdzięczni, to nie będę zabiegał o waszą łaskę, sam się usunę – zdawał się mówić tym symbolicznym gestem. A we wszystkim towarzyszył mu osobisty sekretarz Conrad, który potem wszystko dokładnie wszystkim sprawozda.

…Poznań to zbyt małe miasto dla mnie, nie na skalę mych myśli i zamierzeń, nie ma w nim stosownego rozmachu w murach i w ludzkich umysłach…

 

Z listów Conrada do hrabiny Konstancji wynika, że podczas listopadowego pobytu hrabiego w Berlinie, szpieg-sekretarz nie miał możliwości kontrolowania swego pana. Hrabia wychodził z pałacu brata przy Unter den Linden 21 w południe i wracał późnym wieczorem. Nikt nie wiedział, co wtedy robił, z kim się wówczas spotykał.

…Mądrzej uczynił mój brat, wybierając stołeczny Berlin i niemiecką kulturę. Tam go potrafią docenić…

 

Hrabia Atanazy szybko zraził się do Poznania i Wielkopolski. W czasie, gdy brat korzystał z jego berlińskiej rezydencji, on – jako poseł pruski – bawił w Hiszpanii i Portugalii. Namawiał brata, by porzucił Poznańskie i przyjechał do Lizbony, gdzie oddzielony od spraw polskich będzie w przyjemnym klimacie przyjemnie spędzał czas. Hrabia Edward odrzucił zaproszenie, ale uczynił to dla zadowolenia żony, syna i własnego poczucia odpowiedzialności. Zaczął przemyśliwać nad zrealizowaniem konkretnego planu. W Berlinie spotykał się z ludźmi, którzy mieli mu pomóc w ucieczce i zatarciu śladów.

…Skłaniając się coraz bardziej ku odejściu z tego świata, pozostawić po sobie postanowiłem pogrzebowy podarunek, by ci, którzy nie chcą mi towarzyszyć, nie musieli iść drogą, z której nie ma odwrotu…

 

Dom pozornie umarłych – pomyślałem – pośród wszystkich niepowodzeń ostatnich lat, ten projekt hrabia doprowadził do udanego finału. Założył małe funeralium, w którym składano na kilka dni zmarłego, by sprawdzić, czy nie popadł jedynie w letarg. A gdy dzwonek, zawieszony na sznurku, którego koniec przywiązany był do palca u nogi „pozornie zmarłego” przez trzy dni nie zadźwięczał, „pozornie zmarły” stawał się „faktycznie zmarłym” i mógł zostać złożony w grobie bez obawy, że się obudzi zakopany. Dom pozornie umarłych – powtórzyłem bezgłośnie, a potem przyszła mi myśl tak zdumiewająca, że natychmiast włożyłem płaszcz i ruszyłem ku domowi przedpogrzebowemu.

***

Policjant Egon Krenz stał przed dyrektorem policji poznańskiej i szczegółowo raportował ustalenia, jakie poczynili w trakcie kilkudniowego dochodzenia. Julius von Minutouli   siedział    wpatrzony   w budynek   teatru   stojącego    przed   oknem   jego    gabinetu,wydawało się, że nie słucha monotonnego wywodu podwładnego. Nagle – jakby otrząsnął się z odrętwienia – przerwał policjantowi:

– A jak ci, co przeżyli? Jak to zniosła pani hrabina Raczyńska?

– Pani hrabina bardzo dzielnie zniosła ten straszny cios. – Krenz po chwili zrozumiał pytanie. – Robi wszystko, by zmniejszyć hańbę rodziny. Z proboszczem się ugodziła, że da pieniądze na dokończenie kościoła w Zaniemyślu, a jej mąż za to spoczął w grobie przy kościelnym murze. Żeby nie leżał pod cmentarnym płotem jak jakiś pospolity samobójca, ale przy kościele, jak wielki pan.

– I płytę nagrobną mu ufunduje, jak wielkiemu panu? – zapytał jeszcze.

– Nie, panie dyrektorze – odparł szybko policjant. – Pani hrabina ma całkiem inny zamysł. Na grobie umieścić postanowiła swój pomnik, ten, co go niedawno dla pana hrabiego z Berlina przywieźli i co miał stanąć na studzience Priesnitza. Będzie stał pod kościołem, na grobie pana hrabiego i napis tam jeszcze będzie.

– Jaki napis? – zainteresował się Minutouli.

– Taki jakiś… – Policjant zaczął nerwowo wertować swój notes, bo pamiętał, że treść inskrypcji zanotował, ale nie uznał jej za na tyle ważną, by umieścić w raporcie. – „Tu spoczywa Edward hr. Nałęcz Raczyński, który dla siebie był skąpy, pomocny biednym, hojny dla Ojczyzny” – odczytał pośpiesznie.

– I ani słowa o miłości, o tęsknocie, o żalu, o tym, jakim był wspaniałym mężem i ojcem, i jak bardzo będzie go rodzinie brakowało? – raczej powiedział niż zapytał.

– No ma być jeszcze coś o żonie – niepewnie wyjąkał policjant.

– Co o żonie? – podchwycił Minutouli.

– Coś, że wierna żona zawsze przy mężu, czy jakoś podobnie – odpowiedział niezbyt pewnie komisarz.

– Wierna żona zawsze przy mężu – zadumał się dyrektor.

***

Gdy wychodziłem z przysadzistego budynku naprzeciw miejskiego teatru, domyślałem się prawdziwego rozwiązania zagadki. Czułem, że kawałki tej hrabiowskiej układanki krążą wokół mej głowy, czułem, że jestem bliski tego wspaniałego momentu, gdy pierwszy klocek znajdzie się na swoim miejscu, a w ślad za nim kolejne będą zajmowały właściwe pozycje, a w mojej głowie ułoży się cała ta układanka.

Wizyta w domu pozornie umarłych potwierdziła moje podejrzenia. W ostatnich dniach złożono tam trzech pozornie umarłych. Jeden był mieszczaninem, którego rodzina zabrała i pochowała na cmentarzu świętomarcińskim, drugim był pomocnik rzeźnicki z Chwaliszewa, który zginął w czasie bójki, trzecim był kupiec ze Gostynia. „Kupiec z Gostynia” został zabrany saniami pana hrabiego, który postanowił odwieźć zmarłego rodzinie. Strażnik funeralium płakał, opowiadając o wielkim sercu hrabiego, który sam dzień później wieziony był tym samym karawanem.

W innej sytuacji sprawdziłbym w księgach parafialnych Gostynia i pobliskich miejscowościach, czy rzeczywiście zmarł tam ktoś w ostatnich dniach i czy go grzebano na miejscowym cmentarzu, po przywiezieniu z Poznania. Tym razem nie było takiej potrzeby, bo bez tego wiedziałem, że nic takiego nie miało miejsca. Stare policyjne przysłowie mówi, że jak nie ma trupa, to nie ma zbrodni. Uśmiechnąłem się do tego, który potrafił tak twórczo rozwinąć tę prostą myśl.

***

Julius von Minutouli, widząc że policjant nic więcej już nie doda do tego, co wyrecytował, postanowił podsumować ustalenia policyjnego dochodzenia.

– Hrabia poszedł ku Kępie Zaniemyskiej po skutym lodem jeziorze i tak wszyscy go zapamiętali: gdy znikał wśród zimowych mgieł.

– Tak jest – przytaknął policjant.

– Wcześniej wysłał do hrabiny Conrada, potem odesłał strażnika, który pilnował szwajcarskiego domku, a jego córce nakazał, by zaniosła list – w którym żegnał się z żoną – do proboszcza zaniemyskiej parafii.

– List pożegnalny – powtórzył policjant. – Tak, jak to samobójcy mają w zwyczaju.

– Raportujecie dalej, że wyprowadził armatkę wiwatową na ganek szwajcarskiego domku, podpalił lont, klęknął przed lufą, a gdy ta wystrzeliła, to siła wybuchu była tak wielka, że oderwała hrabiemu głowę, której szczątki rozsypały się po okolicy.

– To prawda – skwapliwie przyznał śledczy.

– Po dekapitacji, nikt z tych, którzy przybyli na miejsce zdarzenia, nie był w stanie rozpoznać hrabiego, wszyscy odwracali wzrok od korpusu pozbawionego głowy, taki to był koszmarny widok.

– Dokładnie tak właśnie, panie komendancie – przytaknął policjant.

– Potem, ci, co by potrafili hrabiego rozpoznać – kontynuował Minutouli – także go nie identyfikowali, bo nie chcieli nawet podnosić wieka trumny z jego zmasakrowanymi doczesnymi szczątkami.

– Nie chcieli – potwierdził policjant.

– A teraz, ten bezgłowy trup, który leży w grobie przy kościelnym murze, przyciśnięty zostanie jeszcze kilkutonowym monumentem jego żony. Tak więc nikt się tego grobu otworzyć już nigdy nie poważy?

– Tak jest, panie komendancie – przytaknął machinalnie policjant.

– A ślady sań po drugiej stronie wyspy toście chociaż widzieli? – Dyrektor nieoczekiwanie zmienił wątek.

– Były ślady sań, zakołowały – odpowiedział machinalnie policjant. – Ale całkiem już zawiane, zupełnie nie dało się stwierdzić, dokąd prowadziły.

– No to, skoro nie ma żadnych śladów… Nie ma poszlak, by ktoś hrabiemu pomagał w rozstaniu się z życiem. Policja nie ma tu nic więcej do zrobienia. Zamykamy sprawę.

– Do archiwum? – zapytał policjant, patrząc na tekturowe teczki z dokumentami dotyczącymi Raczyńskiego.

– Jutro – rzucił krótko Minutouli. – Dziś jeszcze nie skończyłem.

***

Sięgnąłem do torby, by wyjąć list, który przyniósł do mnie tajemniczy człowiek w noc śmierci hrabiego. Może ktoś, kto przyjdzie po mnie, będzie miał więcej talentu i odnajdzie rozwiązanie sekretu jego śmierci. Byłem przekonany, że taki sekret istnieje i, mimo że się do niego zbliżyłem, to jednak go nie odkryłem. Pajęcza sieć tajemnicy osnuwała postać hrabiego, trudno było się do niego zbliżyć, trudno było rozszyfrować jego zamiary za życia, co dopiero jego zagadkową i tak nieprawdopodobną śmierć. Zawodowa uczciwość nakazywała mi, bym pozwolił temu, który po latach wróci do tej sprawy, by miał komplet informacji, którymi ja dysponowałem. Jeśli będzie potrafił je lepiej spożytkować, to jego zasługa i chwała. Czułem się zobowiązany do przekazania mu także tajemniczego listu. Przeczytałem go raz jeszcze i spojrzałem na ostatnie zdanie.

…Byłem jak błędny rycerz, który wierzył w moc słowa i chciał świat modelować, tak by pasował do pięknych słów. Póki sił i wiary mi starczało, walczyłem z wiatrakami, gdy zasłona z oczu mi spadła… odchodzę tak, jak ten błędny rycerz…

Przeczytałem to zdanie jeszcze kilka razy. Z przyjemnością patrzyłem na śnieżne płatki kołujące za oknami mojego gabinetu. Podobno śniegowy płatek ma najdoskonalszą strukturę. Uśmiechałem się do płatków, czując, jak wszystko zaczyna się składać, jak poszczególne elementy odnajdują swoje miejsca, jak cała opowieść się domyka.

***

Julius von Minutouli

Dyrektor Królewskiej Policji w Poznaniu

Raport w sprawie śmierci Edwarda hr. Raczyńskiego

Jako Dyrektor Królewskiej Policji w Poznaniu zleciłem dochodzenie w sprawie okoliczności samobójczej śmierci Edwarda hr. Raczyńskiego w miejscowości Zaniemyśl. W trakcie przeprowadzonych czynności policyjnych nie stwierdzono udziału osób trzecich, które by się mogły przyczynić do śmierci denata, co nakazuje przyjąć tezę, że zginął śmiercią samobójczą.

Prezydent Policji w Poznaniu

Julius von Minutouli

Tajny aneks do raportu

W toku prowadzonego śledztwa ukazały się jednak okoliczności, które nakazują powziąć poważne wątpliwości co do tego, czy hrabia Edward Raczyński faktycznie zginął śmiercią samobójczą. Okoliczności te to:

  1. fakt otrzymania tajemniczego listu, skierowanego do komendanta policji w Poznaniu Juliusa von Minutoulego;
  2. fakt zniknięcia zwłok mężczyzny, wieku i postury hrabiego, które złożone były w domu pozornie umarłych zorganizowanym przez hrabiego;
  3. fakt, że nikt nie dokonał identyfikacji pozbawionych głowy zwłok mężczyzny znalezionych obok armaty wiwatowej w Zaniemyślu;
  4. fakt, że rodzina dokonała szybkiego pochówku zmarłego, a jego grób został zabezpieczony poprzez ustawienie na nim ciężkiego pomnika z brązu.W przypadku wybitnego intelektualisty, jakim był hrabia Edward Raczyński, dochodzenie nie może zostać ograniczone do zwykłej policyjnej roboty, ale wymaga pogłębionej analizy. Wszystkie wskazane w raporcie, dokumentach ze śledztwa oraz w powyższych punktach wątpliwości stają się bardzo istotne w kontekście:
  5. faktu, że ulubioną lekturą hrabiego Edwarda Raczyńskiego były przygody przemyślnego szlachcica Don Kichota z La Manchy.

Przemyślny szlachcic Don Kichot z La Manchy to bohater, który w młodości czytał romanse rycerskie i na ich podstawie zbudował sobie obraz świata i wyobrażenie samego siebie. Uznał, że musi być błędnym rycerzem, który będzie bronił honoru damy – Dulcynei. Wszystkie zdarzenia, które go spotykały, interpretował w ramach swojej – literackiej – wizji świata. Podobnie rzecz się miała z hrabią Edwardem Raczyńskim, który wychowany został na książkach, które jako cechy właściwe arystokracie wskazywały uczciwość, lojalność, wierność, oddanie, rzetelność. Naiwny hrabia starał się te cechy realizować w swoim życiu. W finale powieści hiszpański szlachcic pojmuje, że literatura zatruła mu wyobraźnię, żałuje tego, że zmarnował życie, pozostawia majątek krewnym oraz przyjaciołom i umiera.

Autor nie dał jednak jednoznacznej odpowiedzi, czy Don Kichot umarł w sensie fizycznym, czy umarł jako kreacja paraliteracka. Istnieje przekonanie, że po „śmierci” błędnego rycerza, odrodził się jako normalny człowiek, który pragnie czerpać z życia.

Podobnie rzecz się ma z hrabią Raczyńskim. Zdaniem miejscowego Dyrektora Królewskiej Policji możliwym jest, że hrabia Raczyński umarł jako postać skonstruowana przez nakazy, normy i powinności, a równocześnie urodził się jako wolny człowiek, który postanowił żyć nieobciążony żadnym konwenansami i obligami. Za powyższym rozumowaniem przemawia fakt spektakularnej śmierci hrabiego Raczyńskiego. Jako człowiek pełen powinności nie miał tyle wewnętrznej siły, by zmienić swe życie. Ponadto sam fakt zakończenia/rozpoczęcia życia wystrzałem z armatki wiwatowej wydaje się wskazywać na radosny charakter tego zdarzenia, a trudno by na wiwat strzelać na okoliczność śmierci.

W związku z powyższym zbrodni samobójstwa nie popełniono.

Julius von Minutouli

 

Patrzyłem na list otrzymany od tajemniczego przybysza, spoglądałem na raport leżący przede mną. Wahałem się czy włożyć je do teczki sprawy hrabiego Raczyńskiego. Wyjąłem kopertę, włożyłem do niej oba dokumenty i zalakowałem. Na kopercie umieściłem napis „Nie otwierać przez 100 lat – do stycznia 1945 roku”. Uznałem, że to wystarczający czas dla rodziny Raczyńskich.

Paweł Cieliczko

(Tekst pierwotnie opublikowany został w HISTERIA. Wpadniesz w nią i TY, STYCZEŃ 2015/1)

Grafika:

  1. Roman Panasiuk, magazynhisteria.pl/wp-content/uploads/2015/01/Magazyn%20Histeria%20VI.pdf,

 

Wersja audio:

Komentarze