I jak Iłłakowiczówna

I jak Iłłakowiczówna

Opublikowany w Poznański alfabet literacki Tagi ,,

Zawsze sprawiały mi przykrość wizyty w  mieszkaniu-pracowni Kazimiery Iłłakowiczówny, w  jej sublokatorskim pokoju przy ul. Gajowej 4. To ubogie miejsce, w którym przez blisko 40 lat egzystowała jedna z najwybitniejszych polskich poetek, było karą za jej zaangażowanie w  odbudowę niepodległej Polski, a  zwłaszcza za  miłość do  Marszałka Józefa Piłsudskiego. Czytając wspomnienia osób, które Iłła tam przyjmowała, zacząłem jednak inaczej patrzeć na  to miejsce, dziś powiedzieć można – kultowe. Łucja Danielewska po  latach wspominała surową reprymendę otrzymaną od  poetki, gdy spóźniła się tam na spotkanie. Niepunktualne przybycie na Gajową nie mieściło się w głowie Jerzemu Korczakowi, który pozostawił nam opis tego mieszkania:

Pokój Iłły był niezbyt wielki, ale jasny i dość wygodny. Tyle, że mieszkanie wspólne. Niejednokrotnie przy różnych okazjach proponowano jej polepszenie warunków. Zwłaszcza Wincenty Kraśko, ówczesny sekretarz partii i krajan Iłły z Wilna, chciał jak najbardziej iść jej na rękę. Odmawiała zawsze. Łączyło się to z pogłębiającą się stale chorobą oczu, która utrudniała ewentualną adaptację, a  także z faktem, że przyległe pomieszczenie zajmowały osoby o anielskim sercu i  charakterze, a  wśród nich wielce zasłużona działaczka konspiracji w Armii Krajowej, pani Józefa Kafarska, zawsze gotowa we wszystkim życie Poetce ułatwić.

 

Władza ludowa – jak się okazuje – także z dużą ostrożnością podchodziła do Iłłakowiczówny. Drobna poetka była jak dynamit. Ta nieślubna córka litewskiego szlachcica i  nauczycielki, wnuczka Tomasza Zana – filarety i przyjaciela Mickiewicza, dzieciństwo spędziła w arystokratycznym dworze Platerów, ale już jako nastolatka uciekła na pensję do Warszawy. Była jedną z pierwszych polskich feministek, studiowała na Oxfordzie oraz na Uniwersytecie Jagiellońskim. Podczas pierwszej wojny światowej pracowała jako sanitariuszka i cudem przeżyła epidemię dyzenterii. W niepodległej Polsce była pierwszą kobietą, która objęła funkcję radcy ministerialnego, i  to w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Będąc w 1922 r. w Zachęcie, usłyszała strzały, wybiegła z budynku i opatrywała śmiertelnie rannego prezydenta Narutowicza. Po zamachu majowym przeszła do Ministerstwa Spraw Wojskowych i przez prawie 10 lat pełniła funkcję osobistej asystentki Józefa Piłsudskiego; wspomnienia z tego okresu zamieściła w tomie Ścieżka obok drogi (1939). Wróciwszy do MSZ podjęła współpracę z Józefem Beckiem, a potem wraz z rządem ewakuowano ją do Rumunii. Powróciła dopiero w  1947 r. i… poszła na  ul. Szucha, żądając przyjęcia do  pracy w  MSZ, z którego urlopowano ją we wrześniu 1939 r. Praca urzędnicza rzecz jasna jej nie  wystarczała, dlatego, po  godzinach, pisała kolejne doskonałe wiersze. Czołowy krytyk lat 50. – Zbigniew Bieńkowski – pisał: „Cały urok i  – nie  krępujmy się – wielkość poezji Iłłakowiczówny polega na antydyscyplinie, na poddawaniu się żywiołowi”. Nic dziwnego, że  włodarze Polski Ludowej nie  mieli odwagi przyjąć tak niezależnej i  samodzielnej osoby. Wiedziała o  ich strachu i  gardziła ich tchórzostwem; traktowała ich z  ostentacyjną wyższością. Jerzy Korczak przytacza jedną z takich sytuacji:

 Z uwagi na stan zdrowia, Nagrodę Państwową I stopnia wręczano w  jej mieszkaniu. Było sporo gości i  zabrakło krzeseł. Spod okna dobiegł słodko uprzejmy głos Iłły, skierowany do  najważniejszego dygnitarza w mieście: „Panie Kraśko, niech pan z łaski swojej przyniesie krzesła z korytarza”.

 

Poznańscy sekretarze mieli świadomość, że  z  Iłłakowiczówną należy obchodzić się niezwykle ostrożnie i  z  szacunkiem. Kolejny sekretarz, Jerzy Zasada, również wykazywał zainteresowanie jej osobą. Podczas jednej z  rozmów telefonicznych zapytał jej, czy  czegoś nie  potrzebuje – odpowiedziała, że  płytka chodnikowa przed jej domem jest luźna. Już następnego dnia ekipa robotników remontowała cały chodnik wzdłuż Gajowej. Zasada nie chciał zapewne, żeby wadliwa płytka stała się materią poezji, na wzór tego, co Iłła zrobiła w 1954 r., pisząc wiersz S.O.S. z domu na Gajowej 4 o tym, jak bardzo marznie w związku z wybuchem komina i brakiem ogrzewania w mieszkaniu. Stosunek Iłłakowiczówny do nowego ustroju był podobny jak Zbigniewa Herberta – niezgoda na  władzę sekretarzy była kwestią smaku. Ludzie z tej Polski, którą znała, szanowała i kochała pozostali za granicą, toteż korespondowała z nimi, oni przesyłali jej paczki – sama uważała się zresztą za  część tego wygnanego narodu. Julian Tuwim, Jarosław Iwaszkiewicz czy Adam Ważyk byli jej przedwojennymi przyjaciółmi, ale po wojnie – gdy związali się z nowym systemem – nie utrzymywała z nimi bliższych kontaktów i nie zwracała się do nich o pomoc. Od dzieciństwa wiedziała zresztą, że może liczyć tylko na siebie. Jej autonomiczność i  samowystarczalność sportretował Jan Sztaudynger w wierszu Iłłakowiczówna Kazimiera:

Ty jesteś sama z siebie i dla siebie Iłłakowiczówna, przy Tobie nikt nie stanie i z Tobą się nie zrówna. […] Twych metamorfoz mnogość bez końca, jesteś bez palm, zarówno jak bez słońca, zajęta przechodzeniem, rozkwitem i przekwitem, bólem wschodu warzona i promienna świtem. Na wszystko masz czas i wszystkim być możesz zarówno, nawet Iłłakowiczówną.

 

Do Poznania zaprosili ją przyjaciele, którzy prowadzili prywatny hotel, zapewniano jej etat w przedsiębiorstwie przemysłu lniarskiego, a Jarosław Iwaszkiewicz uruchamiał tu „Życie Literackie”. Przyjaciele jednak hotel stracili, z pracy nic nie wyszło, a pismo wychodziło w Poznaniu krótko; tylko Iłła tu pozostała. Jej mistyczna natura widziała w tym pewnie jakiś znak, Poznań był bowiem miastem, z którym wiązało się jej największe niespełnienie – stąd pochodził Roger Raczyński, z  którym planowała niegdyś założyć rodzinę. Na przeszkodzie stanęły konwenanse stanowe niepozwalające na mariaż arystokraty z poetką z nieprawego łoża. Drugi raz serce Iłłakowiczówny zostało złamane także w Poznaniu, w 1956 r., gdy przeciwko pokojowej demonstracji robotników domagających się chleba i  wolności, władze skierowały wojsko, a  na ulicach pojawiły się czołgi. Wiersz Rozstrzelano moje serce do dziś jest jednym z najbardziej przejmujących zapisów tamtych dni, a z okazji 60. rocznicy Poznańskiego Czerwca zyskał nowe życie dzięki fenomenalnej oprawie muzycznej, jaką zaprojektował zespół De Press.

Chciałam o kulturze napisać

naprawdę inteligentnie,

lecz zaczęły kule świstać

i szyby dygotać i pękać.[…]

 

O kulturze… Próba wzniosłych syntez,

artystycznych intuicji zgranie…

Ja nie mogę…

Ani kwarty, ani kwinty.

Rozstrzelano moje serce w Poznaniu.

Ni gorące ono, ni zimne.

Szkoda kul. Szkoda leków na nie.

Moje serce – wszak to tylko rymy…

Rozstrzelano moje serce w Poznaniu.

 

W antologiach poezji związanej ze stolicą Wielkopolski częściej pojawia się jednak inny wiersz Iłłakowiczówny, lżejszy gatunkowo Jest w Poznaniu, poświęcony – jak napisała w dedykacji – ryzykantowi, który niedawno wsiadł na Pegaza umieszczonego na dachu opery:

Jest w Poznaniu na operze Pegaz, jak chce, to on leci, a jak chce, to biega po Sołaczu, Łazarzu, po Krętej, po Młyńskiej… Czy nie tak, panie Gulczyński?

 

Dziwi, że wiersz ten odczytywany jest zwykle jako poetycki opis zdarzenia o charakterze anegdotycznym, jego treść oddaje wszak istotę losu poetki, która – jak pan Gulczyński – przed wojną znalazła się na  poetyckim parnasie, z którego potem została strącona. Jej upadek nie miał w sobie nic politycznego, co czyniło go jeszcze okrutniejszym i jeszcze bardziej dotkliwym, bo nawet nie budowało martyrologicznej legendy:

 

[…] Może to i lepiej, może to i zdrowiej

nie dowierzać nadto Pegazowi.

Ledwo człek wgramolił się i wsiadł,

pędzi, leci z wrzaskiem cały świat.

 

„Ach, milicja… Ach, Gulczyński, zsiądź pan, zsiądź!”

I przyjeżdża straż pożarna człeka zdjąć,

powiadają, że pijany i czuć go wińskiem…

Czy nie tak, panie Gulczyński? […]

 

Iłłakowiczówna miała świadomość, że  po wojnie nie  powróciła na należne jej miejsce – ani w poezji, ani w życiu, ani w służbie publicznej, a skoro znajdowała się „na wygnaniu w Poznaniu”, to warunki codziennej egzystencji były dla niej obojętne. To nie było jej miejsce, była tu tymczasowo, prawdziwym było życie, jakie wiodła przed wojną. Poznań natomiast doceniał poetessę, którą dane mu było przez tyle dekad gościć. Była pierwszą damą medalu „Wielkiej zasłudze wdzięczne miasto”, a w 1981 r. otrzymała doktorat honoris causa poznańskiego uniwersytetu. Profesor Janusz Ziółkowski mówił w laudacji:

W  pani osobie Uniwersytet imienia Adama Mickiewicza czci polską poezję, która odgrywała i odgrywa tak ważną rolę w życiu społecznym. W  pani osobie czcimy poezję w  najwyższym i  najpotężniejszym wymiarze: poezję, która jest świadkiem historii naszego narodu.

 

Kazimiera Iłłakowiczówna zmarła 16 lutego 1983 r. Trumnę z jej doczesnymi szczątkami wystawiono w katedrze poznańskiej, potem w tutejszym Muzeum Narodowym, a pochowano ją… na warszawskich Powązkach. W bibliotece Polskiej Akademii Nauk w Kórniku pozostały jej rękopisy, a w jej poznańskim sublokatorskim pokoju – który już rok po jej śmierci udostępniono dla zwiedzających, przekształcając je w  Mieszkanie- -Pracownię Kazimiery Iłłakowiczówny – co roku odbywa się uroczystość wręczenia nagrody jej imienia za najlepszy poetycki debiut. Na fasadzie kamienicy przy ul. Gajowej 4 odsłonięto tablicę pamiątkową, druga pojawiła się w krużgankach kościoła Dominikanów, a w 1990 r. jednej z ulic na  starym Grunwaldzie nadano jej imię. A  przecież na  upamiętnienie w tkance miejskiej zasłużyła sobie już tylko z racji napisania Leciutkiego abecadła dla wycieczek po Poznaniu, w którym pięknie opisała swój fyrtel:

Jest wszystko na JEŻYCACH:

fabryki, drukarnia, rzeźnia,

lecz najbardziej zachwyca

tramwajowa zajezdnia.

Nie ma dla niej spoczynku, bo i we dnie i w nocy

jak niestrudzone serce

ta zajezdnia łomocze.

 Paweł Cieliczko

(Tekst pierwotnie opublikowany został w Magazynie „Puls Poznania” w 5/2016 r.)

Ilustracja: Agnieszka Zaprzalska

Komentarze