Pożegnanie placu Stanisława Wyspiańskiego

Pożegnanie placu Stanisława Wyspiańskiego

Opublikowany w Kochamy Poznań Tagi ,,

Plac Wyspiańskiego

Kiedy w 1919 roku polskie władze spolszczały nazwy miejskich ulic i placów, ulice tworzące obszar Johow-Gelände, na którym wzniesiono ponad 30 monumentalnych kamienic, postanowiono ochrzcić nazwiskami polskich malarzy. Trzy główne ulice zyskały patronów w osobach: Jana Matejki, Józefa Chełmońskiego oraz Juliusza Kossaka, natomiast patronami trzech poprzecznych zostali: Artur Grottger, Henryk Siemiradzki i… Stanisław Wyspiański.

Ulica Stanisława Wyspiańskiego, zlokalizowana u zbiegu z ul. Chełmońskiego, rozszczepiała się jednak i jej dwa ramiona opasywały trójkątny placyk, którego podstawa liczy ok. 140 m, natomiast dwa ramiona mają po 70 m. Pierwsze podejście do nazwania tego skweru podjęto w 1923 roku, wspominał o tym Zygmunt Zalewski:

Od ul. Marsz. Focha do alei Reymonta. Przejęta w r. 1900 z gminą Św. Łazarz. Zwała się za czasów niemieckich „ul. Hardenberga”. Od 15.11.1919 zwie się, wraz z dzisiejszym przedłużeniem ku zachodowi, „ul. Wyspiańskiego”. W r. 1923 zamierzano placyk przy ul. tej położony wyodrębnić, uchwalono jednakże placyk wliczyć do ulicy. Później zrealizowano pierwotną koncepcję.

„Później” oznacza rok 1928, kiedy to jednak zdecydowano się placyk jakoś nazwać. Najwyraźniej radnym miejskim bardzo się spieszyło, bo – w związku ze zbliżającą się Powszechną Wystawą Krajową – pracy mieli co niemiara i nikt nie podjął trudu znalezienia na przykład kolejnego malarza, który mógłby patronować temu placykowi. Władze miejskie poszły po linii najmniejszego oporu i uznały, że skoro po obu stronach placyku przebiega ul. Wyspiańskiego, to i sam placyk nosił będzie imię „czwartego wieszcza”.

Pospiesznie podjęta decyzja okazała się niezwykle trwała, bo w przyszłym roku minęłaby 90. rocznica ochrzczenia placu nazwiskiem krakowskiego artysty. Jubileuszu jednak nie będzie, bo 7 listopada 2017 roku poznańska Rada Miejska podjęła jednogłośnie decyzję o zniesieniu patronatu Stanisława Wyspiańskiego nad tym miejscem.

Wyspiański nie zniknął przez focha

Stanisław Wyspiański nie został oczywiście objęty ustawą dekomunizacyjną – bo to ostatnio najczęstszy powód usuwania patronów z przestrzeni miejskiej – a został wycofany z bardziej prozaicznego powodu. Pojawiła się propozycja uhonorowania w tym miejscu postaci bardzo zasłużonej dla Poznania i Wielkopolski, a nie było żadnego powodu, by krakowski malarz miał w Poznaniu i swoją ulicę, i swój plac.

Wniosek o zmianę nazwy placu złożyła Fundacja Kochania Poznania, która zaproponowała, by z okazji 100. rocznicy wybuchu Powstania Wielkopolskiego patronem tej przestrzeni został Marszałek Ferdynand Foch, który jest postacią nierozerwalnie związaną z historią poznańskiej insurekcji. Bowiem to on – dowiedziawszy się o zamiarze wysłania przez władze niemieckie regularnej armii, by zdusiła Powstanie Wielkopolskie – zapowiedział, że jeśli chociaż jeden niemiecki żołnierz przekroczy granicę wytyczoną przez powstańców wielkopolskich, to armia francuska ruszy na Niemcy. Państwo niemieckie, wyczerpane długoletnią wojną i borykające się z rewolucją wewnętrzną, nie było w stanie zaryzykować walki na dwa fronty i dzięki temu ofiarność wielkopolskich powstańców nie poszła na marne.

Propozycja zamiany placu Stanisława Wyspiańskiego na skwer Marszałka Ferdynanda Focha spotkała się z aprobatą Zarządu Geodezji i Katastru Miejskiego GEOPOZ, jednogłośnie została poparta przez Komisję Kultury i Nauki (13:0), a wreszcie bez sprzeciwu przyjęła ją Rada Miasta Poznania (35:0).

W trakcie konsultacji społecznych została też pozytywnie zaopiniowana przez Radę Osiedla Święty Łazarz, ale niejednogłośnie (6:3). Co ciekawe, radni osiedlowi, którzy nie poparli projektu zamiany patronatu, nie kierowali się bynajmniej wielką atencją do artysty ani tym bardziej niechęcią do francuskiego bohatera, ale kibicowali innemu patronowi. Z okazji 95. rocznicy Powstania Wielkopolskiego zaproponowano, by malarza zastąpił pułkownik Harry Wade ‒ członek brytyjskiej misji obserwacyjnej, towarzyszący Ignacemu J. Paderewskiemu w podróży do Poznania, dzięki któremu pociąg z polskim pianistą i politykiem dotarł do celu i 27 grudnia 1918 roku Paderewski mógł z balkonu Hotelu Bazar wygłosić przemówienie, które stało się iskrą podpalającą lont Powstania Wielkopolskiego.

Plac, który stał się skwerem

Warto zwrócić uwagę, że trójkątna przestrzeń na poznańskim Łazarzu zmieniła nie tylko patrona, ale także określenie. Przez kilkadziesiąt lat na placu Wyspiańskiego wyrosły bowiem wielkie drzewa, zaś pracownicy zieleni miejskiej uzupełnili go o krzewy i kwiaty, w wyniku czego pusty niegdyś plac zamienił się w uroczy, zielony skwer.

Dzisiaj przy skwerze – od strony ul. Matejki – znajduje się przystanek tramwajowy i jest to jedyna funkcja „komunikacyjna” tego miejsca. Starsi poznaniacy pamiętają zapewne, że kiedyś od strony ul. Chełmońskiego znajdowała się niewielka stacyjka benzynowa, która przez kilkadziesiąt lat służyła mieszkańcom Łazarza. Jej zlikwidowanie pod koniec lat dziewięćdziesiątych ułatwiło zmianę nazwy, bowiem od tego czasu plac Wyspiańskiego stał się miejscem bezadresowym i nikt nie będzie miał żadnych uciążliwości np. z koniecznością zmian dokumentów.

Pozbawienie Stanisława Wyspiańskiego patronatu nad tym miejscem wpisuje się także w zgłaszane przez licznych radnych i mieszkańców postulaty uporządkowania nazewnictwa w naszym mieście. Sytuacje, w których ta sama osoba patronuje w mieście ulicy oraz placowi zdarzają się wyjątkowo i z reguły dotyczą osób wybitnych lub szczególnie zasłużonych dla miasta, albo wynikają z zaszłości historycznych. W Poznaniu takim przypadkiem jest Adam Mickiewicz, który od międzywojnia ma swoją ulicę na Jeżycach, a w 1956 roku został patronem placu przed siedzibą Uniwersytetu, notabene również jego imienia. Drugą, choć zdecydowanie mniej spektakularnie uhonorowaną, postacią jest Adam Asnyk, bowiem krótka uliczka nosząca jego imię przechodzi w niewielki placyk, którego jest patronem.

Warto wspomnieć, że podczas tej samej sesji Rady Miasta, na której zlikwidowano „dublet” Wyspiańskiego, negatywnie zaopiniowano wniosek uczynienia Władysława Zamoyskiego patronem skweru przy ul. Grochowskiej, motywując to tym, że jego imię nosi już uliczka na poznańskim Świerczewie.

Wyspiański w Poznaniu i o Poznaniu

Na koniec odnotować trzeba, że Stanisław Wyspiański niczym nie zasłużył sobie na tak szczególne uhonorowanie w przestrzeni miejskiej Poznania. Nie miał żadnych związków z naszym miastem, nie pozostawił tutaj żadnych swych dzieł, nie stanowiło ono tła jego obrazów, nie umieścił tu akcji żadnego ze swoich utworów literackich. Nie ma w tym zresztą nic dziwnego, bo artysta nie krył swej niechęci do naszego miasta. W liście do Tadeusza Stryjeńskiego pisał o wrażeniach z pobytu w Poznaniu w 1890 roku:

[…] Rzeczywiście żal bierze, jak mało jest rzeczy godnych uwagi w mieście – byłem w muzeum polskiem. – Są parę sal z obrazami włoskiemi różnego kalibru, a polskie portraity kasztelanów wiszą w sieni, (już mi się to nie podobało), – dalej inna część tego samego gmachu: na dole muzeum archeologiczne, (urny, popielice, czaszki et.cet.) zamknięte. – pierwsze piętro sala posiedzeń! – drugie zbiór rysuneczków i kopii, i widoczków taki, że gdybym ja zaczął zbierać, tobym poważniejszy zbiór sobie złożył (między innemi rysunek Matejki, czepiec z XVI wieku) – potem duża sala (nazywa się galerią obrazów) – parę portraitów z XVIII wieku, popiersia od Kraszewskiego do Szujskiego – wnętrza kościołów (jest i wnętrze P. Maryi, prezbyterium dawne z widokiem na ołtarz wielki), kartony kolosalne prof. Piotrowskiego, wiele małej wartości malowidełek, np. Wodzińskiego Nad morzem i Trębacza Stara włoszka mają świadczyć i [o] najnowszym ruchu w sztuce u nas; – projekt zdaje się Godebskiego, już nie pamiętam dobrze, i portrait prof. Jaroszyńskiego w szerokim kapeluszu, z bródką hiszpańską, z paletą w ręku, który zajmuje trzecie piętro gmachu, jak malarz pictorstabilis poznaniensis. Podczas godzinnego pobytu w muzeum słyszałem z 50 razy wymienione nazwisko hr. Engeströma, trochę niemieckiego szwargotu i narzekania na Niemców ze strony służby i niedzielnych gości. W ogóle tu jest bieda i wielka bieda, ze wszystkim i we wszystkim. – takie to wszystko bojaźliwe, trwożne, tak obsypane tymi Niemcami jak makiem […]. Gdyby nie to żem w hotelu (nie poznawszy wprzód miasta) z góry zapłacił do 4go, tobym już mógł wyjechać dalej stąd.

Pisał ponadto, że bardzo się cieszy, że wkrótce opuści nasze miasto i będzie mógł zwiedzić Toruń oraz Gdańsk, bo w Poznaniu nie ma nic do podziwiania, a same miasto kojarzy mu się z prowincjonalnymi… Kielcami.

Poznań w ogóle nie robi wrażenia większego miasta jak na przykład Kielce w Królestwie, tylko prusactwo cokolwiek przyzwoitsze od moskali.

Skoro więc Poznań tak bardzo się Wyspiańskiemu nie podobał, to niewłaściwe było zmuszanie go do tak intensywnego funkcjonowania w naszej przestrzeni miejskiej. Tym bardziej, że przez dziesięciolecia nieuhonorowana pozostawała postać, której Poznań zawdzięcza bardzo wiele, a może nawet najwięcej, bo swoją wolność, jaką dzięki powstańcom wielkopolskim wywalczył, a dzięki Ferdynandowi Fochowi utrzymał.

 

Paweł Cieliczko

Komentarze