Wiersze o Poznaniu | Eugeniusz Morski: „Moje miasto”

Wiersze o Poznaniu | Eugeniusz Morski: „Moje miasto”

Opublikowany w Wiersze o Poznaniu Tagi ,,

Stado gołębi spływa siwych

z karniszów średniowiecznych mansard,

oksydowana lśni patyna

architekturą renesansu.

Rynek i Ratusz, rusztowania –

niedawnej sławy żywy pomnik,

znów orzeł wzbił się nad Poznaniem

w zdobywczej sławie żywych wspomnień.

 

Pamiętam Poznań – miasto kupców

i piwiarń, gdzie grywano w bilard,

gdzie neonowy wznosząc uśmiech

sfinks Haberbuscha lśnił i Schiela.

Bazar i Adria, Esplanada,

kobiety – białe ćmy w jedwabiach,

kelnerskie fraki i obiady,

dzwoniący kiesą dziedzic-hrabia.

Dulszczyzna mieszkań parterowych,

skąd nuda gra na fortepianie,

mozaika kwiatów lombardowych,

panie spieszące na różaniec.

Miasto Leitgebrów i towarów,

bankierskich sumień bez skrupułów;

miasto, gdzie w pyszny barok Fary

nędza znosiła swe skrofuły.

I Tum prastary, co purpurę,

fioletów blask przywdziewał,

aby tym bardziej patrzeć z góry

na szarą czeladź Chwaliszewa.

Pamiętam żywe ludzkie szyldy,

noc świat przytłacza czarnym cielskiem,

tramwaje pełzną Górną Wildą,

gdzie przywarł kolos „H. Cegielski”

W tramwajach twarze — zwiędłe liście

jesienne jak mgła na ulicach

bezbarwne, smutne o nich myślą

jedynie żony w swych piwnicach.

I myślą tak, jak się o chlebie

myśli, gdy dzieciom głód doskwiera,

jak żebrak, który na pogrzebie

przed żałobnikiem dłoń otwiera.

W halach żelaza zgiełk i wyścig,

z szlifierek sypie iskier wieniec,

lecz w oczach płomień nienawiści

tchnie żarem większym niż z palenisk.

I bunt, i gniew, i skarga  niema,

gdy pięść opada, chce się płakać,

gdy zda się już nadziei nie ma,

 

jest jeszcze czyn, jest duch Kasprzaka.

Ulotka zmięta, tysiąckrotnie

czytana i w pamięci żywa,

cóż, w takich chwilach bezrobotny

pod giełdą pracy był szczęśliwy.

Lata, nazwiska, prezydenci,

Fort VII, Niemcy, bolszewicy,

Reichstagu brawurowe wzięcie,

Greisera cień na szubienicy.

I wreszcie ci, którzy zamknęli

swe oczy nad brzegiem Warty

za sprawę w polu albo w celi,

niech wiedzą — umrzeć było warto.

Nad Cytadelą jest obelisk,

pięcioramienna na nim gwiazda,

na stokach dwa wygasłe działa

przeszłości strzegą oniemiałej,

spojrzeniem ślepym mierząc w miasto.

 

Życie to zapach kwiatów maja,

odradzającej się zieleni,

życie to ziarna, co padają

w płodną i żyzną głębię ziemi.

Ludzie napięci jak cięciwy,

na groblach, jazach gwiazdy-lampy,

gdy pod stopami czarną grzywą

zmiatają przeszłość wody Malty.

Tętni ulica Dzierżyńskiego,

bieli się tynk kolonii w Dębcu

i auta mostem Marchlewskiego

pędzą ku nowej Starołęce.

Stamtąd kombajny pójdą w żniwa

śladem, gdzie żeńcy wiedli swary,

na chwałę młodym i szczęśliwym,

na pocieszenie ludziom starym.

W dół od kratownic biegną cienie,

szeleszczą cicho wody Warty,

jakby przewracał ktoś w milczeniu

przyszłości nie rozcięte karty.

 

Zdjęcie: Tomasz Koryl 

Komentarze